czwartek, 9 maja 2013

Rozdział XXX


Dzisiaj próbowałam kształcić swą wiedzę i zaczerpnęłam dorobków renesansowej literatury. Postanowiłam przeczytać Romeo i Julię, jednak te zamiary, stanęły na pierwszej stronie, pierwszej sceny, pierwszego aktu. Zbyt monotonne.
Na razie nie mam planów. Pewnie jak zawsze wpadnie Harry, potem Tina z wrzaskiem i Liamem wbiegnie do mojego domu. Dzień jak każdy.
Chcę rzucić się na łóżko, jak te mega szczęśliwe dziewczyny w amerykańskich filmach, ale nie przemyślałam faktu iż ich łóżka są duże. Spadam na twarz i pod moją małą pryczą znajduję kilka ciekawych rzeczy. Opakowanie chrupków serowych, kapeć, futerał na telefon, trzy funty i siostrę. Olewam jej wrzaski z prośbą o pomoc bo chyba utknęła i rzucam się na łóżko (tym razem trafiam!). Wyjmuję swój nowy telefon i zaczynam się nim bawić. Nic absolutnie z niego nie rozumiem, bo przez całe swoje życie chodziłam z cegłą, wielkości Central Parku. Zaczynam stukać palcem po ekranie, mając nadzieję, że coś się stanie. Wyskakuje wielki napis ERROR i telefon się wyłącza. Jest mi smutno. Harry mi wszystko wyjaśni.
Schodzę do kuchni. Bonnie wyszła, nawet nie wiem gdzie, więc muszę sama o siebie zadbać. Jak wiadomo podstawą zdrowej diety są owoce i warzywa. Wyciągam z półki opakowanie chipsów ziemniaczanych i powoli konsumuję. Niestety paczka nie była pełna, więc mija chwila, a jedyne co mogę zjeść to okruchy. Lekko przygaszona otwieram szafkę pod zlewem i wyrzucam opakowanie do kosza. Słyszę lekkie „apsik” stamtąd, więc grzecznie odpowiadam „na zdrowie”. Potem jednak zamieram. Czy mój śmietnik właśnie kichnął? Otwieram szafkę. Schylam się, narażając przy tym swój kręgosłup na wieczne męki. W mojej szafce za śmietnikiem spokojnie siedzi sobie Niall.
- No siemanko – mówi.
- Cześć? – odpowiadam zdziwiona.
- Czemu masz taką minę?
HM. NIE WIEM.
- Co tu robisz? – pytam.
- Bawiłem się z Ann w chowanego. Ale chyba o mnie zapomniała.
- Ona utknęła pod moim łóżkiem.
Niall kiwa głową ze zrozumieniem, po czym wychodzi z szafki i wybiega z domu. Patrzę się za nim jak na idiotę i wzruszam ramionami. Okej. Zrozumiałam. Przynajmniej nie siedział tam w przebraniu jelenia…
Rzucam się na kanapę i zamykam oczy. Ostatnio w ogóle nie spałam, jestem padnięta.


Kiedy się budzę nade mną wisi ryba. Dynda sobie na sznureczku. Krzyczę z przerażeniem i słyszę śmiech Tiny.
- No cześć mała. W końcu wstałaś, a my mamy się zabrać za robienie cupcake’ów.
- To już? – przeciągam się.
- Pojutrze ślub. Mama je przetrzyma u siebie w pracy, a ja jutro nie mogę.
- Jak to pojutrze?! Przespałam jeden dzień?!
- Nicki. Mam to naprawdę gdzieś. Ale jeśli teraz nie ruszysz swojego szanownego dupska do mojego domu, poproszę Annabelle, aby ci je skopała.
Zrywam się z łóżka jak poparzona i idziemy do przedpokoju. Szybko wiążę Martensy i wychodzimy. Tina mieszka naprawdę blisko, więc mija minuta i jesteśmy na miejscu. Jej dom jest w kolorze brzoskwiniowym, ma duży ogród i biały płotek dookoła. Ja uważam, że jest śliczny, ale Tina tak czy siak, woli przesiadywać u mnie. Wchodzimy do środka i witam się z Tinową mamą. Sophie jest świetna, ma z moją przyjaciółką świetny kontakt. Pozwala jej robić praktycznie wszystko.
- Widzę, że ty też zrobiłaś sobie te niebieskie końcówki – dotyka moich włosów – Ślicznie wyglądacie.
- Dziękuję – uśmiecham się i idę za krzyczącą Tiną do kuchni. Wszystko jest już przygotowane, na blacie stoją produkty, miski, mikser i radio. Moja przyjaciółka włącza płytę Little Mix i podaje mi przepis. Miesza już w gigantycznej misce wszystkie składniki, a ja macham głową na boki w rytm piosenek.
- Może mi pomożesz śmieciu? – pyta.
- Świetnie dajesz sobie radę langusto.
Ciasto jest już gotowe. Ponieważ mama Tiny jest cukiernikiem, mają w domu mnóstwo foremek na babeczki, więc nie mamy problemu, choć ciasta są tony. Przelewamy je i nawet większość ląduje tam gdzie powinna! Z gracją kury po amputacji nóg wkładamy wszystkie foremki do piekarnika i idziemy na górę do pokoju Tiny. Panuje tu wieczny bałagan. Fioletowe ściany są obklejone licznymi plakatami, na łóżku jest tak samo mnóstwo rzeczy jak na moim, a biurko jest zawalone papierami. Jednak jest tu przytulnie :3
Siadam na wielkiej zielonej pufie, która jest moim stałym miejscem siedzenia, a Tina rzuca się na łóżko. Siedzimy w ciszy, a po chwili każda z nas olewa drugą i wchodzi na Twittera na telefonie. Śmiejemy się co chwila jak zarzynane kozy z autyzmem, po czym znowu następuje chwila ciszy.
- Ile mają się piec te babeczki? – pytam.
- Czterdzieści minut.
Tupię nogami w podłogę i chyba robię coś z paznokciem, bo słyszę śmieszne „pyk” i palec strasznie mnie boli. Robię minę kapucynki, bo jest mi smutno. Tina choć to zauważa ma moje cierpienie w nosie, jak zwykle z resztą. Wstaję z pufy i bez słowa wchodzę do garderoby. Tu jest tak dużo miejsca i mogę poszperać w rzeczach swojej przyjaciółki. Trafiam na jakąś dziwną bluzkę, którą dała jej Annabelle jakoś trzy lata temu, sukienkę, którą uszyłam jej na bal, a nawet na spodnie, które kiedyś oddała jej Bonnie. Ona ma więcej ciuchów od mojej rodziny, niż ja sama. To smutne.
Kiedy Tina wchodzi do garderoby leżę na ziemi zwinięta jak naleśnik w koc, który znalazłam.
- Minęło czterdzieści minut. Idziemy ozdabiać.
Wywijam się z koca jak motyl z poczwarki i zbiegam na dół jak głupia. W pieczeniu nie ma nic fajnego, ale chodzi o ozdabianie! Tina wyciąga z półek i szuflad, przeróżne posypki, lukry, kremy, figurki z czekolady itp.
No to bierzemy się do roboty!

Rozdział XXIX


- Nie wierzę, że ty to uszyłaś – mówi Perrie patrząc na sukienkę.
- Jestem świadkiem – podnosi rękę Tina.
- Ale… Jak?
Uśmiecham się, bo jeszcze nigdy nie dostałam tylu miłych słów. Każdy co chwila mówi, jaka sukienka jest śliczna.
- A co mówi Eleanor?
- Chce ją zobaczyć dopiero przed ślubem.
- A do ślubu pięć dni.
- Dokładnie.
Razem z dziewczynami obgadałyśmy kilka spraw i uznałyśmy, że w parku było by romantyczniej, ale ponieważ Louis jest sławny, bezpieczniej będzie wziąć ślub w  kościele. Ja nawet nie wiem jaki wybrały, w tym czasie zajmowałam się sukienką. Podobno wszystko już jest przygotowane, one wszystkim się zajęły. Mam nadzieję, że Eleanor się spodoba. Louis wybrał na drużbów Harry’ego, Zayna i Liama, tak żeby każda dziewczyna miała parę. Niall oczywiście się wkurzył, ale potem sam przyznał, ze byłoby mu głupio stać tam samemu.
Umówiłyśmy się z Tiną, że zrobimy dużo cupcake’ów i ciasteczek, a Perrie zajmie się słonymi przekąskami. Jedzenie, takie normalne (lol) dostarczy firma cateringowa.
Idziemy dziś we trójkę na zakupy, bo jak wiadomo musimy mieć takie same sukienki, a no cóż… nie mamy. Na początku dziewczyny chciały, żebym coś uszyła, ale mamy za mało czasu. Wbiegam do pokoju Bonnie, która z kacem leży rozwalona na podłodze (chyba spadła z łóżka).
- Wychodzę na zakupy!
Rodzicielka burczy coś w dywan, co rozumiem, jako „Oczywiście, weź sobie z mojego portfela troszkę pieniędzy”. Ale jako, że idealna ze mnie córka, nic jej nie zabieram, biorę tylko to, co dostałam na urodziny. Wołam dziewczyny i razem zbiegamy po schodach. Patrzę na buty każdej z nas i zauważam jak strasznie się różnimy. Ja mam miętowe martensy z jaskraworóżowymi sznurówkami. Tina fioletowe conversy, a Perrie czarno białe buty na wielkich obcasach, na których ja już dawno wylądowałabym grobie. Nigdy nie rozumiałam jak ciężar ciała może oprzeć się na takich dwóch małych tyczkach. Tajemnica dziewczyn innych niż ja.
Wychodzimy z domu i wsiadamy do auta Perrie. Nasza koleżanka nie należy do najostrożniejszych kierowców na Ziemi. Jedzie tak szybko, że w pewnym momencie słyszę jak Tina modli się o przeżycie. Ja tylko macham głową w rytm muzyki lecącej z radia. Lubię szybkie jazdy, choć czuję jakbym miała rzadziochę w gaciach.
W końcu jesteśmy na parkingu przy centrum handlowym. Perrie wygląda jak ósmy cud świata, ja wraz z Tiną jak wypłosze. Z lekkim jeszcze szokiem wchodzimy do centrum.
- Chodźcie tu! – Perrie ciągnie nas za ręce do sklepu, do którego normalnie nigdy w życiu bym nie weszła. Wszystko słodkie, różowe, bądź białe, z koronkami, bufkami itp. Przyglądam się z obrzydzeniem landrynkowo różowym sukienkom. Mija chwila, a Perrie podchodzi do nas z trzema identycznymi białymi sukienkami. Mają prostą górę i rozszerzany dół z tiulu. Wyglądają jak typowe sukienki królewny. Krzywię się lekko, ale Perrie wpycha mnie do przymierzalni. Z niechęcią wciskam się w sukienkę, poprawiam delikatnie i przeglądam się w lustrze. Wyglądam… wow. Wychylam głowę zza kotary i wołam dziewczyny. Te wychodzą w takich samych kreacjach. Kręcimy się, a sukienki razem z nami.
- Pezz, nie wiem jak je znalazłaś tak szybko, ale są idealne – mówię.
- Jestem mistrzem, wiedz to N! – krzyczy blondynka i z powrotem wchodzimy do przymierzalni. Zmieniam sukienkę na najlepsze na świecie przetarte jeansy i bluzkę Hazzy z logo Ramones. Wciskam stopy w Martensy, ale nie zdążam ich zawiązać, bo przeszkadza mi Tina, która wbija do mnie i wyciąga mnie z przymierzalni. Idziemy w kierunku kas i płacimy.
Już wiem, czemu nigdy w życiu nie kupowałam w tym sklepie. Z moich urodzinowych oszczędności zostało dziesięć funtów. Z jedną małą papierową torbą i smutną miną na twarzy wychodzę ze sklepu, za mną dziewczyny.
- Idziemy na kawę? – pyta Pezz.
- Herbatę.
Dziewczyny wzruszają ramionami i idziemy w kierunku Bubble Place, gdzie uwielbiamy siedzieć, bo jest tam miły wystój i pyszne napoje. Wchodzimy do środka i kiedy Perrie i Tina patrzą jeszcze na menu, ja bez wahania zamawiam największą herbatę o smaku melona z kuleczkami mango. Siadam przy małym stoliku i czekam na dziewczyny. Po jakimś czasie przychodzą i siadają obok mnie.
- Wszystko już zorganizowane? Na sto procent? – pytam.
- Na dwieście – mówi Pezz – Sprawdzałam listę, którą dała mi El z tysiąc razy.
- Ślub będzie piękny – dodaje Tina.
- Będzie PERFEKCYJNY! – poprawia Perrie.
Przychodzą nasze zamówienia, ja szybko popijam herbatę, a one kawy. Co chwila się wymieniamy, żeby posmakować innych smaków. Zawsze jak z nimi tu chodziłam, tak robiłyśmy.
Zaczynamy się obrzucać wszelkimi papierami znalezionymi pod ręką, a ludzi dziwnie się na nas patrzą. Wtedy zauważam mężczyznę, który je talerz. On go je. Gryzie i przełyka. Nie wiem, czy jest zrobiony z wafelka czy coś, no ale ON JE TALERZ, LUDZIE.
Co więcej, kiedy myśli, że nikt nie widzi, pakuje ten talerz do torby i z pośpiechem wychodzi.
??!!

------------------------------------------------------------------------------------------

Nie powiem, ta ostatnia akcja z talerzem wydarzyła się naprawdę xD
Śmiałam się jak głupia, jak on go jadł, a potem ukradł.
Co za ludzie xD
Dziękuję za wszystkie miłe oceny, jesteście najlepsi ;3

wtorek, 7 maja 2013

Rozdział XXVIII


Po urodzinach.
Bonnie śpi z Ann w moim pokoju, choć jest środek dnia, a ja wraz z Tiną, Liamem i Harrym siedzimy w salonie i rozpakowujemy prezenty.
- Weź ten, weź ten! – moja przyjaciółka podaje mi wielkie pudełko, zapakowane w wstrętny turkusowy papier. Biorę go i szybko rozrywam. W środku jest lampka z lawą i koperta. Uśmiecham się pod nosem i otwieram ją.
Mam nadzieję, że przyjdzie na czas, Bonnie jest beznadziejną listonoszką.
Zawsze marzyłaś o takiej lampce, więc proszę, oto ona!
Kocham cię mocno!
Sophie

Sophie to moja babcia, mama Bonnie. Ona też każe na siebie mówić po imieniu. Mieszka w Holmes Chapel i dość rzadko się widujemy. Do koperty dołączone jest pięćdziesiąt funtów, które odkładam na bok.
Teraz Harry podaje mi torebkę w mikołaje i renifery (jest lipiec). Wysypuję zawartość. Zabawkowy zestaw do projektowania ubrań. Na karteczce przywieszonej do torebki jest napisane „OD MACY <3”. Uśmiecham się pod nosem.
Następne pudełko podaje mi Liam. Jest malutkie, granatowe z kokardką na pokrywce. Otwieram je wolniutko. W środku jest śliczna srebrna bransoletka z małą przywieszką w kształcie serduszka.
- To ode mnie – mówi Harry – Popatrz na serce.
Przyglądam się dokładniej, a na samym środku przywieszki zauważam wygrawerowany napis
Od Harry’ego
Dla Nicki.
Przytulam go z całej siły i proszę o pomoc w założeniu bransoletki. Tina pospiesznie wpycha mi w ręce jakiś pakunek. Z uśmiechem rozrywam go.
- To od nas - mówi Liam wskazując na siebie i Tinę.
W środku jest przebranie jelenia, takie, jakie mają oni sami. No tak. Przytulam ich po kolei.
Następne prezenty zawierają:
- rysunek od Annabelle, przedstawiający smutną mnie obklejoną kupami (dzięki)
- pieniądze o łącznej sumie 250 funtów (centra handlowe, nadchodzę!)
- smartfona od Bonnie (tak, tak, tak!)
- różową, niebieską, fioletową i bordową tygodniową piankę do włosów od Zayna i Perrie,
- koszulkę z marchewką tańczącą breakdance od Nialla,
- i płytę One Direction od Louisa i Eleanor.
Śmieję się z ostatniego prezentu, bo kiedy zaglądam do środka, zauważam, że Lou zebrał autografy wszystkich chłopców na książeczce i napisał „Dla naszej najwierniejszej fanki”.
Wyrzucam wszystkie papiery do kosza. Bawimy się przez chwilę lampką na lawę, aż wzrok Tiny nie zatrzymuje się na piankach do włosów.
- Użyjmy ich! – patrzy na mnie.
- Serio? – uśmiecham się.
- Tak! Na końcówki! Niebieską! Co tydzień będziemy miały inne!
Chwytam piankę z podłogi, biorę Tinę za rękę i biegniemy do łazienki. Na szczęście nasze włosy można zaliczyć do ciemnych, ale na tyle jasnych, że widać na nich kolor. Bonnie mnie zabije, ale co tam. Moczymy włosy i nakładamy piankę. Czekamy chwilę i kiedy znów patrzymy w lustro mamy niebieski końcówki. Wyglądają świetnie! A pianki zostało jeszcze bardzo dużo.
Wychodzimy z łazienki i pokazujemy nasze dzieło chłopakom. Klaszczą nam, a my się teatralnie kłaniamy.
Nagle dostaję olśnienia.
- Tina?
- Tak Nicki?
- Przepiankujmy się na ślub Eleanor i Louisa na różowo żeby pasowało do sukienki panny młodej.
- To najgłupszy pomysł jaki wymyśliłaś.
- Czyli się nie zgadzasz? – spuszczam głowę ze smutkiem.
- Zwariowałaś?! To najgłupszy pomysł, ale i my nie jesteśmy normalne!
Zaczynamy piszczeć i skakać jak idiotki. Nie wyobrażam się sobie w różowych włosach. Jednak chcę spróbować.
- Jesteście szalone – śmieje się Harry.
- No co ty?! – rechoczemy z Tiną robiąc głupie miny.
Zaczynamy skakać po całym salonie jak głupie i wydajemy odgłosy różnych zwierząt. Skaczemy na kanapie, chodzimy po stole. Nagle z niego spadamy i kiedy leżymy na ziemi, chce nam się jeszcze bardziej śmiać.
- Jestem głodna – mówi nagle Tina.
- Ja też. Idziemy zrobić płatki?
Moja przyjaciółka kiwa głową i wstajemy. Idziemy do kuchni, czując na sobie lekko przerażony wzrok chłopaków. Śmiejemy się jak głupie i robimy sobie płatki. Za każdym razem jak łyżka wędruje którejś do buzi, druga robi idiotyczną minę, przez co tamta się krztusi. Dziwi mnie to, że większość płatków nie wylądowała na stole. Najedzone wracamy do salonu, gdzie chłopcy rozmawiają o piłce nożnej. Przewracamy oczami.
Ci to są szaleni.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Niedługo 1000 wyświetleń *-*
Dzięki, dzięki, dzięki <3
Może niedługo nawet zrobię jakiś konkurs <3
Kocham was <3

poniedziałek, 6 maja 2013

Rozdział XXVII


Po nadzwyczajnym okazaniu miłości przez Bonnie i wypiciu przeraźliwie wyglądającego koktajlu wraz z Harrym wybraliśmy się na spacer. Kilka osób zrobiło sobie z nim zdjęcie, a ja stałam na uboczu i się uśmiechałam. Dziwnie jest patrzeć jak twojego chłopaka przytulają kompletnie obce dziewczyny, ale chyba taka jest cena chodzenia z kimś sławnym. Nawet jedna z nich chciała zdjęcie ze mną, jako najlepszą przyjaciółką jej idola. To było słodkie.
Nie ważne, kto co powie, ale Harry jest najlepszym chłopakiem na Ziemi! Na każdym kroku powtarza mi jak bardzo mnie kocha, choć na razie nie chcemy tego ogłaszać, bo wiadomo jak by się to skończyło. Nie miałabym życia prywatnego. A co jak co, bardzo cenię sobie swoją prywatność i nie wyobrażam sobie, być jednym z chłopców choć na jeden dzień.
- Wracamy już? – pyta Harry.
- Tak. Nogi mnie cholernie bolą.
Wciąż trzymając się za ręce kierujemy się w stronę mojego domu. Nie wiem czemu, Harry co chwila histerycznie spogląda na telefon. Kiedy słyszy wibrację odczytuje smsa i mówi:
- Musimy iść do sklepu!
Patrzę tylko na niego pytająco.
- Bonnie napisała… Skończył się wam… Papier.
Kiwam lekko głową. Okej. Papier się skończył. Mhm. Wchodzimy do pierwszego lepszego sklepu i Harry znowu dostaje smsa.
- Okej, możemy już iść! – mówi i ciągnie mnie za rękę do domu.
- Ale… Papier.
- Bonnie wzięła od… Pani Stacy! Tak! Od niej!
Patrzę się na niego dziwnie, ale potem wzruszam ramionami. Nie sądziłam, że kobieta, żyjąca w domu o warunkach bunkra i gotująca zapewne w wielkim kotle stojącym na środku kuchni, posiada coś takiego jak papier toaletowy. Myślałam, że podciera się gazetami, czy czymś tam. No ale okej.
Tuż przed domem zatrzymuje nas jakiś chłopak. Pyta się o zdjęcie, ale nie Harry’ego tylko mnie. Mówi, że jestem ładna i jest turystą i chciałby zdjęcie z ładną Brytyjką. Patrzę się na niego jak na osobę psychiczną i ten chyba rozumie, że moja odpowiedź brzmi „nie”. Odchodzi lekko przygaszony, a ja i Hazza się śmiejemy. Otwieram furtkę i podchodzimy do drzwi wejściowych. Za pomocą kluczy znalezionych w kieszeni, szybko je otwieram i wchodzimy do środka. Jest już wieczór, więc w domu jest strasznie ciemno. Zapalam światła, a wtedy zza wszystkich mebli wyskakują ludzie i krzyczą:
- NIESPODZIANKA!
Na początku nie wiem o co chodzi. Potem jednak zaczajam, jaki dzisiaj dzień. Moje urodziny!  Uśmiecham się perliście do wszystkich, a jest ich MNÓSTWO i dziękuję każdemu, kto tylko obok mnie przejdzie. Tina z urodzinową czapeczką na głowie podchodzi do mnie i mocno mnie przytula. Krzyczy mi coś do ucha, ale na tyle nie wyraźnie, że nie rozumiem nic a nic.
- Patrz – mówi zrezygnowana i wskazuje na stół. Jest cały zawalony prezentami. Tak jak w amerykańskich filmach na Super Słodkich Szesnastkach. Otwieram buzię ze zdziwienia i radości.
- Wszystkiego najlepszego – Harry całuje mnie w główkę.
- Kto to zorganizował? – pytam z wielkim uśmiechem.
- A jak myślisz? – mój chłopak puszcza mi oko.
Przytulam go z całej siły dziękuję. Powtórzę to drugi raz. Jest najlepszy na świecie!  Podchodzi do nas Bonnie, która wygląda jakby piła za czterech. Kiwa się na różne strony i chichocze.
- Nicki! Moja dziewczynka! Moja duża, o rok starsza dziewczynka! – głaszcze mnie po głowie.
- Bonnie… Może idź się połóż? – mówię cicho.
- Nie! Noc jest młoda i ja jestem młoda! Chcę się bawić! – krzyczy i tanecznym krokiem odchodzi.
Harry chichocze cicho, a ja daję mu kuksańca. Rozglądam się po gościach. Większość z nich to znajome twarze, jednak znajdą się i tacy, których nigdy w życiu nie widziałam. Uśmiecham się miło do wszystkich jak na dobrego gospodarza przystało i nagle cichnie muzyka. Patrzę się na środek pokoju, gdzie Tina z trudem próbuje wejść na stół.
- Jak wiecie – zaczyna – dzisiaj urodziny ma Nicki. Moja przyjaciółka, dobra znajoma wielu z was, po części członek rodziny. Kocham ją. Co mogę powiedzieć. Więc Nicki, mam nadzieję, że zdechniesz szybko. Dziękuję!
Wszyscy jej klaszczą. Także dołączam się do owacji, choć życzono mi przedwczesną śmierć. Ale Tina to Tina. Jej klaskałam nawet, jak jako Julia wypadła z wieży prosto na Romea, powodując przy tym połamanie się sceny. Bo na tym polega przyjaźń, prawda?
Ktoś przytula mnie mocno od tyłu. Na początku myślę, że to Harry, ale dopiero po chwili widzę, że stoi obok mnie. Odwracam się, a spod za dużej czapeczki urodzinowej promiennie uśmiecha się do mnie Niall. Ściskam go.
- Sto lat Nicki! – mówi i ktoś go odpycha. Z tłumu wychodzi Louis trzymający za rękę Eleanor.
- Szczęścia kochana! – dziewczyna przytula mnie mocno, a ja do uścisku dołączam jeszcze chłopaka.
- I nawzajem – szczerzę się do nich obojga.
Para rumieni się lekko. Louis idzie w stronę stołów z napojami.
- Uszyłam sukienkę – szepczę do Eleanor – Pokazać ci?
- Nie. Zobaczę ją dopiero przed ślubem – dziewczyna uśmiecha się i odchodzi.
Odwracam się do Harry’ego, który pokazuje wszystkie swoje śnieżnobiałe ząbki w wielkim uśmiechu.
- Zatańczysz? – pyta.
- Oczywiście.
Obejmuje mnie w talii, ja zarzucam mu ręce na ramiona. Zauważam, że obok nas tańczy Tina z Liamem. Wtedy zaczyna lecieć Same Mistakes. Uśmiecham się pod nosem.
Nasza piosenka.

piątek, 3 maja 2013

Rozdział XXVI


TRZY TYGODNIE.
Trzy tygodnie szyłam tą cholerną sukienkę. Jednak nie spodziewałam się, że wyjdzie tak ładnie. (KLIK ;3) Na szczęście Tina ma dokładnie takie same wymiary jak Eleanor, więc to na niej mogłam robić przymiarki.
Bonnie już wróciła i także bardzo mi pomagała. Ona zna się na takich rzeczach, więc radziła mi jak zmienić kilka rzeczy, żeby sukienka była jeszcze ładniejsza. No i motywowała mnie rzucając we mnie jakimiś ciężkimi rzeczami, kiedy chciałam przestać szyć. Przez te trzy tygodnie kompletnie odcięłam się od świata towarzyskiego, Harry i Tina tylko wpadali od czasu do czasu. Nie wiem jak dziewczynom poszło z organizacją ślubu, czy udało im się wszystko załatwić. Mam tylko nadzieję, że poza sukienką w nic mnie nie wrobiły, kiedy udawałam, że je słucham.
- Nicki? Chłopak idealny do ciebie przyszedł – Bonnie zagląda do mojego pokoju, kiedy leżę padnięta na łóżku.
- Cześć mała – wchodzi Harry i siada obok mnie. Przytulam go mocno i zaciągam się zapachem jego wody po goleniu.
- Słyszałem, że skończyłaś sukienkę. Mogę zobaczyć?
Wskazuję ręką na szafę. Harry podchodzi tam i otwiera drzwi. Nie sposób nie zauważyć tej sukienki, wręcz wylewa się z szafy. Wyjmuje ją i patrzy z oszołomieniem.
- Jesteś pewna, że TY ją uszyłaś?!
- Oczywiście. Tymi dłońmi! – wyrzucam ręce w górę.
- To jest… To jest niesamowite, serio. W sklepie nie znaleźlibyśmy czegoś lepszego.
Uśmiecham się szeroko.
- A wiesz może jak dziewczynom poszła organizacja? – pytam.
- Ślub na czterysta osób, w parku, na tej polance, gdzie często chodziliśmy z Pear, potem przenosimy się do hotelu i tam będzie wesele.
- CZTERYSTA OSÓB?!
- Żartuję – Harry się śmieje – El i Lou poprosili skromny ślub, Perrie zrobiła listę na około czterdziestu ludzi. Najbliższa rodzina i znajomi. A wesele będzie w ich domu.
- A co z… No wiesz… Paparazzi?
- Też się nad tym zastanawiałem i chyba lepiej byłoby wziąć ślub w kościele, co?
- Byłoby bezpieczniej. Pogadam potem o tym z dziewczynami.
- A tak ogólnie, to wszystko jest gotowe. Na upieczenie tortu zgłosiła się mama Tiny, jedzenie przygotuje Perrie i Zayn, Liam i Niall robią dekoracje, ty uszyłaś sukienkę, a ja zajmuję się muzyką.
- Będziesz śpiewał? – szczerzę się.
- Haha nie! Bez chłopaków, nigdy w życiu! Będzie Dj.
Udaję smutną. Wiem tylko, że namówię Hazzę na zaśpiewanie, choć jednej piosenki na weselu. Wiem to!
- Nie mogę się doczekać ich ślubu – uśmiecham się pod nosem.
- Ja też. Louis to mój najlepszy przyjaciel, a Eleanor go uszczęśliwia.
Wstaję i przytulam go z całej siły. Jest taki kochany.
- Nicki… A ty chciałabyś wziąć ze mną ślub?
Puszczam go i patrzę jak na idiotę.
- Nie teraz oczywiście! Ale za kilka lat.
- Czemu nie? – szczerzę się.
- MOJE KOCHANE DZIECKO I NICKI! NA DÓŁ, OBIAD JEST! – słyszymy Bonnie.
Spuszczam głowę z rezygnacją, że moja rodzicielka nigdy nie pokocha mnie bardziej niż Harry’ego. Wychodzimy z pokoju i zbiegamy po schodach.
- Co jest do jedzenia? – pytam kiedy jesteśmy już w kuchni.
- Jakaś niezidentyfikowana maź o kolorze kupy i konsystencji jakby ktoś to zjadł i wydalił. Annabelle gotowała.
Oboje patrzymy się na nią z lekko przerażoną miną.
- I my mamy to zjeść tak?
- Jest całkiem smaczne, choć nie wiem co to – Bonnie wzrusza ramionami.
Harry podchodzi do miski i zanurza w tym czymś palec. Potem oblizuje go i robi całkiem zadowoloną minę.
- Jest słodkie, ma słaby posmak banana i mleka. Tak jakby Ann chciała zrobić koktajl bananowy z kakao.
Zanurzam palca i próbuję. Rzeczywiście jest całkiem smaczne, choć wygląda jakby koza z biegunką narobiła nam do miski. Nalewam sobie TEGO trochę do szklanki i piję powoli.
- I to jest obiad? – patrzę na Bonnie.
- Nie zdążę nic dzisiaj zrobić, wychodzę z Sarą.
Sara to mama Tiny. Nasze mamy się przyjaźnią i my się przyjaźnimy.
- To ja coś zrobię.
Bonnie patrzy na mnie jakby objawiła jej się Matka Boska.
- Serio?
- No… Tak. Coś muszę jeść nie?
- Dziękuję, dziękuję! – Bonnie podbiega do mnie i robi coś czego po niej się nie spodziewałam.
Ona mnie przytula.
Patrzę na nią z otwartą ze zdziwienia buzią i także ją ściskam. To chyba pierwszy raz w przeciągu kilku lat, kiedy jest dla mnie miła.
Ale fajne uczucie, mhmm :3

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ta da ;-;
Na razie kompletnie wysiadają mi pomysł na pisanie, więc przepraszam, że rozdziały są takie z dupy ;-;

Rozdział XXV


Nie wiem ile ślęczałam nad projektem sukienki, ale jestem z niego cholernie dumna. W pewnym momencie Tina stała nade mną i podawała mi wszystko, czego potrzebowałam. Byłam w transie. Jednak jestem niezmiernie dumna z tego, co mi wyszło. Sukienka nie jest do przesady ozdobna, ale, no… śliczna. Mam tylko nadzieję, że Eleanor się spodoba. Jeśli zatwierdzi projekt od razu lecę do pasmanterii po potrzebne materiały. A będzie ich BARDZO dużo.
- Nicki, dzwonić do El? – pyta Harry.
Kiwam głową. On pomagał mi przez cały czas. Dawał sugestie, krzyczał na mnie jak się leniłam, bądź karcił, jak co chwila czymś rzucałam.
Harry rozmawia przez telefon, a ja robię ostatnie poprawki projektu. Tak bardzo chcę żeby był idealny!
Słyszę dzwonek do drzwi, co daje mi dwa powody do zdziwienia. Po pierwsze, to pewnie El, ale tak szybko? I po drugie, nawet nie wiedziałam, że u mnie w domu jest dzwonek. Zawsze każdy wchodził, kiedy chciał.
Idę do drzwi i je otwieram. Oczywiście, to uśmiechnięta od ucha do ucha Eleanor. Wpuszczam ją do środka i wskazuję miejsce na kanapie. Dziewczyna siada i patrzy na mnie z oczekiwaniem. Podaję jej kartkę i na wszelki wypadek odwracam wzrok. Liczę do dziesięciu, żeby się uspokoić. Znów patrzę na El. Płacze.
- Co jest? Aż tak źle? – zaraz chyba się popłaczę.
- Żartujesz? To najpiękniejsza sukienka, jaką widziałam – przytula mnie z całej siły.
- A może być jasnoróżowa? – pytam z uśmiechem.
- Tak będzie jeszcze piękniejsza!
Przytulamy się z całej siły, a Eleanor wstaje i mówi, że musi już iść.
- Ja też! Muszę kupić materiały na sukienkę!
Dziewczyna uśmiecha się i daje mi plik banknotów. Zdziwiona patrzę to na swoją dłoń to na nią.
- Ale… Ale…
- Chyba nie myślałaś, że za wszystko zapłacisz ze swojej kieszeni głuptasku?
TAK WŁAŚNIE MYŚLAŁAM.
- Nie ważne. Powinno ci starczyć, jak coś to dzwoń – El daje mi buziaka w policzek i wybiega z domu.
Harry do mnie podchodzi i przytula mnie od tyłu.
- Podwieźć cię do pasmanterii?
- Przejdę się – całuję go w główkę.
- To idę z tobą – wzruszam ramionami i idę ubierać buty.
Stawiam na miętowe Martensy, od Harry’ego i widzę, że mój chłopak na sam ich widok się uśmiecha.

Mój chłopak.
Kjwfqriwfnhpli.
Zabieram z wieszaka pomarańczową bluzę i zarzucam ją na siebie. Wychodzimy z domu. Harry łapie mnie za rękę, co sprawia, że lekko się rumienię, ale nie puszczam jego dłoni. Kilka dziewczyn, które przed chwilą jeszcze się śmiały, teraz płacze i robi nam zdjęcia. Zakładam kaptur, Harry idzie w moje ślady.
- Przepraszam cię za to – szepcze.
- Za co?
- Teraz jak jesteśmy razem, pewnie nie będziesz miała nawet chwili prywatności…
- Kocham cię, tak? Zniosę to – zapewniam go.
Harry obejmuje mnie jedną ręką w talii i dalej idziemy przed siebie. Zauważamy małą grupkę ludzi z aparatami.
- Nie wierzę – szepcze Hazza.
- Trzeba ich ominąć – ciągnę go w kierunku małej uliczki. Idziemy na około, przez co nasza trasa wydłuża się o jakieś dwadzieścia minut, ale warto.
Po pewnym czasie dochodzimy do małego sklepu. Harry otwiera przede mną drzwi. Dziękuję mu, kłaniając się lekko, śmiejemy się i wchodzimy. W środku jest tylko sprzedawczyni z mniej więcej trzynastoletnią dziewczynką, zapewne córką. Podchodzimy do lady. Dziewczyna zaczyna skakać i piszczeć. Zaciskam powieki  i uśmiecham się.
- Czyżby directionerka? – pytam.
- Tak, tak, tak, tak! –krzyczy –Mogę prosić o zdjęcie?|
Harry wzrusza ramionami i podchodzi do dziewczyny. Sprzedawczyni robi im zdjęcie.
- Jesteś jego dziewczyną? – pyta mnie.
Patrzę się na Harry’ego, a ten kiwa głową z uśmiechem.
- Tak. Ale na razie nikt o tym nie wie, więc to będzie nasza mała tajemnica, dobrze? – uśmiecham się do niej.
Dziewczyna udaje, że zapina buzię na zamek. Harry głaszcze ją po głowie, a ta powstrzymuje się przed piskami i płaczem.
- Mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie? – pyta mnie – Jak już będziesz sławna to będę mogła szpanować przed koleżankami.
Śmieję się, ale staję obok niej i uśmiecham się do obiektywu trzymanego przez jej mamę.
- To może my już kupimy to co potrzebujemy… - mówię cicho.
- Oczywiście! – piszczy sprzedawczyni.
Mówię ile dokładnie materiału potrzebuję, jakich kolorów, ozdób itp. Wychodzi tego MNÓSTWO. Na początku boję się, że nie starczy mi pieniędzy, które dostałam od Eleanor, ale jeszcze dużo mi zostaje. Kupuję jeszcze trochę materiału na zapas, gdyby coś mi nie wyszło. Dziękujemy słodko i wychodzimy z pasmanterii.
Harry pomaga mi nieść to wszystko, bo troszeczkę waży. Znowu idziemy naokoło, żeby mieć pewność, że nie natkniemy się na paparazzi.
- Ile zajmie ci uszycie sukienki?
- Bardzo dużo czasu.
- Czyli nie spotkamy się dzisiaj? – Harry spuszcza głowę.
- Wolałabym mieć to za sobą, żebyśmy potem mieli dużo wolnego czasu.
Harry przytula mnie i patrzy mi prosto w oczy.
- Więc co teraz? – pyta.
- Teraz? Teraz zabieram się w wir pracy.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

TAKIE TAM HEHE WYPOCINY ;-;
Pozdrawiam najwspanialszą  <3

czwartek, 2 maja 2013

Rozdział XXIV


- Że co? – otwieram buzię ze zdziwienia.
- Coś się stało? – Eleanor ma minę jakby chciała się rozpłakać.
- Nie! Co ty! Cieszę się! Bardzo! Ale to był szok – podchodzę do niej i mocno ją przytulam.
- To dobrze. Bo chciałabym, żebyś ty, Perrie i Tina byłyście moimi druhnami.
Dziewczyny zasłaniają buzię z przejęcia, a ja wręcz płaczę ze szczęścia. Wszystkie podchodzimy do niej i ściskamy ją jak głupie. Chłopcy przybijają z Louisem piątki i biją się z nim lekko po ramieniu.
- Będziesz miała idealny ślub! Już my o to zadbamy! – krzyczy Perrie, a ludzie dziwnie się na nas patrzą. Ale my nie zwracamy an to uwagi, tak strasznie się cieszymy. Chyba nawet bardziej od Eleanor.
Siadam z powrotem na swoim miejscu i widzę lekko zasmuconą minę Macy. Tylko jej El nie wybrała na druhnę. Ale w sumie w ogóle jej nie zna.
Jejku jestem taka szczęśliwa! Harry ściska moją rękę pod stołem. Uśmiecham się do niego szczerze. On nagle wstaje.
- Może to nie jest równe temu, co wy ogłosiliście – patrzy na Lou i El – Ale ja i Nicki jesteśmy razem – mówi i siada.
Znowu okrzyki radości. Przytulam wszystkich po kolei, najdłużej Eleanor, która szepcze mi cicho „Wiedziałam”. Kolejna osoba na LLKSNJDSŻJZWSNP.
Kiedy wszyscy już są spokojni, przychodzą nasze zamówienia. Dostaję upragnione pierogi z jagodami, a Tina spaghetti. Innych potraw nie potrafię zdefiniować.
Jest mi głupio, bo każdy (oprócz Tiny) je elegancko, a mi albo pieróg ucieka z talerza, albo jagody rozlewają się po całej jego powierzchni. Harry patrzy się na mnie z uśmiechem. W końcu nabijam pieroga na widelec i wpycham sobie całego do buzi. Zwycięstwo! Kilka ludzi patrzy na mnie dziwnie, ale ja tylko uśmiecham się do nich i dalej jem swoim sposobem. Gorzej ode mnie chyba konsumuje tylko Tina, która się nie krępuje i zamiast grzecznie nawijać makaron na widelec pakuje sobie kupę klusek do buzi. Patrzy się na mnie, kiedy makaron jej z niej wypada, a ja uśmiecham się do niej czując, że mam jagody na zębach. Śmiejemy się pod nosem.
- A tak przy okazji, kiedy chcecie wziąć ślub? – pyta Zayn.
- Za miesiąc – odpowiada Lou.
Wszyscy patrzymy na niego ze zdziwieniem.
- TAK MAŁO CZASU DAJECIE NAM NA JEGO PRZYGOTOWANIE?! – krzyczymy z Perrie.
- Na pewno dacie radę – uśmiecha się El.
- Tak. Pomożemy wam – mówi Zayn w imieniu wszystkich tu obecnych.
- To my musimy już planować! – zrywa się Tina.
- Prawda! – mówię i wstaję, a za mną Perrie.
Łapiemy się za ręce i w podskokach wybiegamy z restauracji. Kiedy jesteśmy już na zewnątrz Perrie śmieje się perliście.
- Świetny pretekst żeby wyjść z restauracji! Strasznie tam nudno! – kiwamy zgodnie głowami.
Siadamy na pobliskiej ławce, a Tina wyciąga z torby wielki notatnik, który zawsze ma przy sobie i zaczyna robić notatki.
- Pierwsza sprawa, goście. Kto zrobi listę? – pyta.
- Ja mogę się tym zająć – zgłasza się Perrie – Mamy dużo wspólnych znajomych.
Tina coś zapisuje. Po czym znowu podnosi głowę.
- Miejsce? – pyta.
- Może park? Rozstawi się tam wszystko, ławki, jakiś łuk i tam by wzięli ślub. Byłoby słodko – proponuję.
Dziewczyny uśmiechają się. Tina znowu coś bazgrze.
- Sukienka?
- Wydaje mi się, że El powinna ją wybrać. A z resztą to dość droga inwestycja – mówi Perrie.
Moja przyjaciółka spuszcza głowę ze zmartwieniem. Potem jednak dostaje olśnienia, wstaje i patrzy na mnie.
- TY ją uszyjesz!
- Co? – otwieram buzię ze zdziwienia.
- To będzie świetne! Wykażesz się, postawisz przed sobą wyzwanie, pokażesz swój projekt dużej ilości osób!
Zastanawiam się nad tym. Uwielbiam szyć i w sumie idzie mi to bardzo dobrze, ale nie wiem, czy w miesiąc zdążę wszystko załatwić. Projekt, materiały, czas. Jednak, kiedy głębiej się nad tym zastanawiam uznaję to za dobry pomysł.
- Okej. Zrobię to.
Dziewczyny ściskają mnie i planują coś dalej, jednak ja ich nie słucham. Moją myśl zaplątuje jedynie sukienka dla Eleanor. Nie chciałabym zrobić czegoś na przesadnie ozdobnego, ale prosta też nie może być. Biała? To trochę oklepane, myślę o delikatnym różu, bo to ulubiony kolor panny młodej (jak to słodko brzmi, panna młoda, ahh :3). Nie wiem czy jej się spodoba, więc najpierw będę musiała pokazać jej projekt. Zrobienie go nie zajmie mi dużo, jednak moje zdolności plastyczne są zerowe. Moja ostatnia próba narysowania martwej natury, została zinterpretowana przez Bonnie, jako żyrafę przy wodopoju, a cały mój „sprzęt malarski” jest równy jednemu ołówkowi znalezionemu pod łóżkiem.
Ale narysuję tą sukienkę. Dla Eleanor! Obiecałyśmy jej, że jej ślub będzie idealny i dotrzymamy słowa.
Kiedy z chęcią do walki wstaję z ławki zauważam, że dziewczyn przy mnie nie ma. Znowu zostałam sama. To takie kochane z ich strony.
Widzę, że Harry wychodzi z restauracji i uśmiecham się na ten widok. Siada obok mnie.
- Jak tam planowanie? – pyta z tym swoim boskim, łamiącym żebra uśmiechem.
- Zostałam wrobiona w uszycie sukienki – szczerzę się.
Harry patrzy na mnie zszokowany, ale chyba jest ze mnie dumny, że podjęłam się takiego zadania. Zaczyna padać, ale nie chowamy się przed deszczem. Oboje go lubimy i tylko uśmiechamy się jak głupi do sera. W końcu wstaję i zaczynam tańczyć. Harry do mnie dołącza. Nie wiadomo skąd i jak, ale słyszymy Little Things. Kładę mu ręce na ramionach, a on obejmuje mnie w talii.
- Zaśpiewaj mi – proszę.
Harry patrzy się na mnie z uśmiechem, jednak spełnia prośbę. Uwielbiam słuchać jego głosu, a w tej piosence, to już w ogóle. W czasie refrenu przerywa i patrzy się na mnie. Nasze twarze coraz bardziej się do siebie zbliżają. W końcu łączymy się w długim pocałunku. Słyszę wiwaty i odrywamy się od siebie.
Przed restaurację stoją nasi przyjaciele i patrzą się na nas z radością. Łapię brzegi kurtki Hazzy i opieram głowę o jego klatkę piersiową.
Wspaniały dzień.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bigoooos ;3
Kto spamował na Twitterze, jest najlepszy :D

środa, 1 maja 2013

Rozdział XXIII


Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Wieloletnia przyjaźń przekształciła się w coś tak pięknego. Ja jednak nie mam zamiaru zmieniać swojego nastawienia do Harry’ego.
Nawet, jeśli ten zaprosił mnie do wystawnej restauracji, do której będę musiała iść w sukience.
Nawet, jeśli na każdym kroku powtarza jak bardzo mnie kocha.
No dobra, coś tam się zmieni.
Do restauracji idziemy jeszcze z Zaynem i Perrie, Louisem i Eleanor, Niallem i Macy i Tiną i Liamem. Czyli cała One Directionowa piątka z dziewczynami.
JESTEM DZIEWCZYNĄ HAZZY.
O BOŻE.
Właśnie sobie to uświadomiłam. Chodzę z nim. Chodzę. Ja. Z nim. Co więcej. Ja go kocham, a on mnie. O boże.
Oczywiście nikt poza Niallem i Annabelle o tym nie wie, Harry chce powiedzieć reszcie przy kolacji.
Idę do pokoju, muszę wybrać, w co mam się ubrać. Myślę o miętowej sukience bombce, ale nie wiem, czy jest ona odpowiednia do takiego miejsca. Przeglądam swoją szafę, aż trafiam na czarną sukienkę z prostą górą i rozszerzaną spódnicą. Będę w niej wyglądać elegancko, ale na tyle zwyczajnie jakbym się nie stroiła. Zawieszam ją sobie na ręku i idę do łazienki. Przebieram się szybko, więcej czasu poświęcam włosom. Robię sobie niedbałego koka, do którego używam gumki i kilku wsuwek. Nie jest źle. Na rękę wciskam kilka bransoletek z czarnych koralików i stwierdzam, że jestem gotowa. Nigdy się nie maluję, więc mam jeszcze trochę czasu. Biegnę do pokoju Bonnie i zamykam się w nim od środka. Ann na pewno zaraz tu wbiegnie z pytaniem, co robię.
A mianowicie szukam sobie butów. Bonnie ma ich wielką kolekcję – od pantofelków, przez botki, aż do kozaków. Biorę pierwszą lepszą parę czarnych balerinek. Nie potrafię chodzić na obcasach, więc szpilki odpadają, a innych butów do tej sukienki sobie nie wyobrażam. No chyba, że martensy, ale ludzie dziwnie by na mnie patrzyli. Przeglądam się w lustrze i zaczynam gadać do siebie, że wyglądam całkiem nieźle. Motywacja jest, mogę iść! Wychylam głowę zza drzwi, sprawdzając czy nie ma tam Ann. Droga wolna. Zbiegam po schodach i zauważam małą śpiącą na kanapie. Podchodzę do niej z rozczuleniem i głaszczę po główce, a wtedy ta zeskakuje na ziemię i zwinnie przerzuca mnie sobie przez ramię. Ze zdziwieniem i przerażeniem zarazem patrzę na nią z podłogi, a ona z miną aniołka znowu kładzie się spać. Postanawiam zemścić się maksymalnie. Do przyjazdu Harry’ego mam jeszcze jakieś piętnaście minut, więc sięgam po radykalne środki.
ZOSTAWIĘ JĄ W DOMU NA CAŁY DZIEŃ Z PANIĄ STACY. HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA.
Jak zwykle zanudzi mi dzieciaka opowieściami o mężach, ale może, chociaż posprząta. Sięgam po telefon i mówiąc same miłe słówka namawiam sąsiadkę o wyglądzie mumii egipskiej na opiekę nad moją siostrą.
Tak szczerze nie wiem, kto ma gorzej.
Czekam aż pomarszczona panna przyjdzie i bez słowa wybiegam z domu. Stoję tam chwilę, aż podjeżdża Harry. Idę w stronę samochodu, a ten wysiada.
- Wyglądasz… Wow – mówi lustrując mnie wzrokiem.
- Dzięki – uśmiecham się i daje mu buziaka w policzek.
Chłopak łapie mnie za rękę i otwiera mi drzwi samochodu. Wsiadam i czekam na niego. Odpala silnik i jedziemy.
Harry włącza radio, w którym leci Same Mistakes. Widzę jak jego ręka wędruje w kierunku przycisku zmieniającego stację, ale zatrzymuję ją. Uśmiecham się, bo lubię słuchać początków One Direction. Śpiewam sobie pod nosem, a Harry uśmiecha się jak to słyszy i dołącza do mnie.
Or else we’ll play, play, play
All the same old games.
And we wait, wait, wait
for the end to change.
And we take, take, take it for granted
that we’ll be the same.
But we’re making all the same mistakes..  <3
Wyjemy jak głupi, a ludzi na ulicach patrzą się na nas dziwnie. Jednak mnie to niezbyt obchodzi. Wiem, że teraz to będzie NASZA piosenka.
Dojeżdżamy do restauracji. Wysiadamy i wchodzimy do środka. Wszyscy już tam siedzą, elegancko ubrani. Uśmiecham się do Tiny i Macy, które choć wyglądają spokojnie, w środku na pewno mają tysiące eksplozji. Te wskazują głową na mnie i na Harry’ego. Wzruszam ramionami z uśmiechem i widzę, że ledwo powstrzymują się od skakania ze szczęścia.
Siadam między Harrym, a Tiną i kiedy kelner podchodzi do nas z kartą menu wybałuszam oczy.
CO TO DO DIASKA JEST
ALBO
Nie widzę tu frytek, czy naleśników. Tylko jakieś dziwne francuskie potrawy. Chyba tylko ja i Tina mamy problem z zamówieniem, nawet Macy jakoś sobie radzi. Ze strachem patrzymy się na swoich chłopaków.
- Mogą być pierogi z jagodami? – pyta się Harry z uśmiechem.
- Uwielbiam je! – szczerzę się do niego.
Harry mówi coś po francusku, potem Liam składa zamówienie dla Tiny. Nie wiem jak oni biegle nauczyli się mówić w tym języku. Czekamy w ciszy na zamówienie i widzę, że Harry chce im powiedzieć o nas. Ciszę jednak przerywa Louis, który łapie El za rękę.
- Chcieliśmy wam coś powiedzieć.
Z uśmiechem patrzymy się na nich oczekując, że powiedzą coś typu „kupujemy pieska”. Biorę szklankę z wodą do ręki i zaczynam pić małymi łyczkami.
- Oświadczyłem się Eleanor – mówi Louis.
- A ja powiedziałam „tak” – dodaje jego dziewczyna.
 Właśnie wtedy wypluwam wodę na stół.Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Wieloletnia przyjaźń przekształciła się w coś tak pięknego. Ja jednak nie mam zamiaru zmieniać swojego nastawienia do Harry’ego. 
Nawet, jeśli ten zaprosił mnie do wystawnej restauracji, do której będę musiała iść w sukience.
Nawet, jeśli na każdym kroku powtarza jak bardzo mnie kocha.
No dobra, coś tam się zmieni.
Do restauracji idziemy jeszcze z Zaynem i Perrie, Louisem i Eleanor, Niallem i Macy i Tiną i Liamem. Czyli cała One Directionowa piątka z dziewczynami.
JESTEM DZIEWCZYNĄ HAZZY.
O BOŻE.
Właśnie sobie to uświadomiłam. Chodzę z nim. Chodzę. Ja. Z nim. Co więcej. Ja go kocham, a on mnie. O boże.
Oczywiście nikt poza Niallem i Annabelle o tym nie wie, Harry chce powiedzieć reszcie przy kolacji.
Idę do pokoju, muszę wybrać, w co mam się ubrać. Myślę o miętowej sukience bombce, ale nie wiem, czy jest ona odpowiednia do takiego miejsca. Przeglądam swoją szafę, aż trafiam na czarną sukienkę z prostą górą i rozszerzaną spódnicą. Będę w niej wyglądać elegancko, ale na tyle zwyczajnie jakbym się nie stroiła. Zawieszam ją sobie na ręku i idę do łazienki. Przebieram się szybko, więcej czasu poświęcam włosom. Robię sobie niedbałego koka, do którego używam gumki i kilku wsuwek. Nie jest źle. Na rękę wciskam kilka bransoletek z czarnych koralików i stwierdzam, że jestem gotowa. Nigdy się nie maluję, więc mam jeszcze trochę czasu. Biegnę do pokoju Bonnie i zamykam się w nim od środka. Ann na pewno zaraz tu wbiegnie z pytaniem, co robię.
A mianowicie szukam sobie butów. Bonnie ma ich wielką kolekcję – od pantofelków, przez botki, aż do kozaków. Biorę pierwszą lepszą parę czarnych balerinek. Nie potrafię chodzić na obcasach, więc szpilki odpadają, a innych butów do tej sukienki sobie nie wyobrażam. No chyba, że martensy, ale ludzie dziwnie by na mnie patrzyli. Przeglądam się w lustrze i zaczynam gadać do siebie, że wyglądam całkiem nieźle. Motywacja jest, mogę iść! Wychylam głowę zza drzwi, sprawdzając czy nie ma tam Ann. Droga wolna. Zbiegam po schodach i zauważam małą śpiącą na kanapie. Podchodzę do niej z rozczuleniem i głaszczę po główce, a wtedy ta zeskakuje na ziemię i zwinnie przerzuca mnie sobie przez ramię. Ze zdziwieniem i przerażeniem zarazem patrzę na nią z podłogi, a ona z miną aniołka znowu kładzie się spać. Postanawiam zemścić się maksymalnie. Do przyjazdu Harry’ego mam jeszcze jakieś piętnaście minut, więc sięgam po radykalne środki.
ZOSTAWIĘ JĄ W DOMU NA CAŁY DZIEŃ Z PANIĄ STACY. HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA.
Jak zwykle zanudzi mi dzieciaka opowieściami o mężach, ale może, chociaż posprząta. Sięgam po telefon i mówiąc same miłe słówka namawiam sąsiadkę o wyglądzie mumii egipskiej na opiekę nad moją siostrą.
Tak szczerze nie wiem, kto ma gorzej.
Czekam aż pomarszczona panna przyjdzie i bez słowa wybiegam z domu. Stoję tam chwilę, aż podjeżdża Harry. Idę w stronę samochodu, a ten wysiada.
- Wyglądasz… Wow – mówi lustrując mnie wzrokiem.
- Dzięki – uśmiecham się i daje mu buziaka w policzek.
Chłopak łapie mnie za rękę i otwiera mi drzwi samochodu. Wsiadam i czekam na niego. Odpala silnik i jedziemy.
Harry włącza radio, w którym leci Same Mistakes. Widzę jak jego ręka wędruje w kierunku przycisku zmieniającego stację, ale zatrzymuję ją. Uśmiecham się, bo lubię słuchać początków One Direction. Śpiewam sobie pod nosem, a Harry uśmiecha się jak to słyszy i dołącza do mnie.
Or else we’ll play, play, play
All the same old games.
And we wait, wait, wait
for the end to change.
And we take, take, take it for granted
that we’ll be the same.
But we’re making all the same mistakes..  <3
Wyjemy jak głupi, a ludzi na ulicach patrzą się na nas dziwnie. Jednak mnie to niezbyt obchodzi. Wiem, że teraz to będzie NASZA piosenka.
Dojeżdżamy do restauracji. Wysiadamy i wchodzimy do środka. Wszyscy już tam siedzą, elegancko ubrani. Uśmiecham się do Tiny i Macy, które choć wyglądają spokojnie, w środku na pewno mają tysiące eksplozji. Te wskazują głową na mnie i na Harry’ego. Wzruszam ramionami z uśmiechem i widzę, że ledwo powstrzymują się od skakania ze szczęścia.
Siadam między Harrym, a Tiną i kiedy kelner podchodzi do nas z kartą menu wybałuszam oczy.
CO TO DO DIASKA JEST
ALBO
Nie widzę tu frytek, czy naleśników. Tylko jakieś dziwne francuskie potrawy. Chyba tylko ja i Tina mamy problem z zamówieniem, nawet Macy jakoś sobie radzi. Ze strachem patrzymy się na swoich chłopaków.
- Mogą być pierogi z jagodami? – pyta się Harry z uśmiechem.
- Uwielbiam je! – szczerzę się do niego.
Harry mówi coś po francusku, potem Liam składa zamówienie dla Tiny. Nie wiem jak oni biegle nauczyli się mówić w tym języku. Czekamy w ciszy na zamówienie i widzę, że Harry chce im powiedzieć o nas. Ciszę jednak przerywa Louis, który łapie El za rękę.
- Chcieliśmy wam coś powiedzieć.
Z uśmiechem patrzymy się na nich oczekując, że powiedzą coś typu „kupujemy pieska”. Biorę szklankę z wodą do ręki i zaczynam pić małymi łyczkami.
- Oświadczyłem się Eleanor – mówi Louis.
- A ja powiedziałam „tak” – dodaje jego dziewczyna.
 Właśnie wtedy wypluwam wodę na stół.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ta daaa! :3

wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział XXII


- To ja wam nie przeszkadzam – mówi Niall, obezwładnia Ann i biorąc ją na ręce idzie na górę.
Wskazuję Hazzie miejsce na kanapie, sama siadam na fotelu. Patrzymy się na siebie przez chwilę milcząc, aż ja z lekkim zawstydzeniem spuszczam głowę.
- Słyszałam, że byłaś… No wiesz… Jak zobaczyłaś mnie i Stephanie…
Zaciskam oczy. Czy to się dzieje naprawdę?! Czy właśnie ja i Harry, mój najlepszy przyjaciel od szkolnej ławki, rozmawiamy o tym, jak źle się czułam widząc go z moją przyjaciółką?! Po co człowiek dorasta? To stwarza takie problemy, że aż chce się wrócić do podstawówki.
Nic nie mówię. Strasznie mi wstyd.
- Nicki, proszę. Bardzo mi na tobie zależy i chciałbym znać twoją wersję.
Podnoszę głowę i widzę, że Harry klęczy przed fotelem patrząc się na mnie ze smutkiem. Mam ochotę się rozpłakać.
- Harry... Ja… - nie kończę, bo wtedy do domu wpada Tina w przebraniu jelenia ze sztucznym afro na głowie, śpiewając jakieś harcerskie piosenki. Za rękę trzyma Liama ubranego dokładnie tak samo. To przerażające.
W moim domu, w moim azylu, moim sanktuarium, mojej świątyni, tańczą dwa jelenie z afro.
- Tina… Tina. TINA! – drę się w końcu, aż moja przyjaciółka patrzy na mnie ze spokojem.
- O jezu… Harry. Nie sądziłam, że tu będziesz.
- A czemu… czemu jesteście jeleniami? – pyta Hazza z przerażeniem.
- Mieliśmy nadzieję, że to rozśmieszy Nicki.
TAK. DLATEGO WBILI MI DO DOMU BEZ ZAPOWIEDZI, WYGLĄDAJĄC JAK BYDŁO ROGATE, CZY CO TAM.
- Dlatego wbiliście jej do domu bez zapowiedzi, wyglądając jak bydło rogate, czy co tam? – pyta mój przyjaciel.
Patrzę się na niego ze zdziwieniem. Nie no, TO już jest straszne. Niech sobie wie co czuję, zna moje wszystkie ulubione rzeczy, ale jak już myśli to co ja, DOKŁADNIE TO CO JA, to to mnie przeraża.
- Czemu nie? Jelenie są fajne – tłumaczy się Liam.
- No. I mają fajne ogony – dodaje Tina.
Wiem, że moja przyjaciółka jest dziwna, czasami straszna i w ogóle. Ale po co odwróciła się tyłem i zaczęła machać tyłkiem jak dziewięćdziesięcioletnia tancerka hula z bolącym krzyżem i Alzheimerem, pokazując mi przy tym swój dyndający z tyłu przebrania kikut? No bez przesady.
- Hm. Tina, bo my… chcieliśmy… a wy… - mówię.
- Aaaa! Okej! Już lecimy! – ta w końcu zaczyna rozumieć. Bierze chłopaka za rękę i rycząc jak jelenie wybiegają z domu.
Patrzymy się na siebie z Harrym, po czym wybuchamy śmiechem.
- Co to było?! – tarza się na ziemi mój przyjaciel.
- Nie mam nawet bladego pojęcia! – dostaję skurczu kiszki.
Chichramy się tak jeszcze przez trochę, po czym wraca do nas nasz naturalny styl i ze stoickim spokojem siadamy na kanapie.
- No więc… Dokończ – mówi Hazza.
- Ale co?- pytam.
- Rozmawialiśmy o sensie istnienia – mówi z ironią mój przyjaciel.
- No wiesz. Człowiek istnieje po to żeby sadzić rośliny. I one wytwarzają tlen i… są pożywieniem. I jak człowiek jest głodny to je je. I hoduje zwierzęta. Krówki i takie tam. Czasami ma też koty, tak jak ty, chociaż nie rozumiem, co w nich fajnego. Psy są o wiele lepsze! Za to nigdy nie rozumiałam hipopotamów. Wiesz, że jak one się boją to pierdzą? No idioci jacyś. Chodzą sobie prezentując wielki szanowny tyłek i myślą, że są jakąś Kim Kardaschian i że na nich to fajnie wygląda. Mylą się waleńce. Zawsze byłam totalnie zauroczona w leniwcach. Stanowią zwierzęcą wersję mnie. Niesamowite. A ty chyba byłbyś wielbłądem – patrzę na przyjaciela dumna po swoim wielkim przemówieniu, a ten wali głową w brzeg kanapy.
- Żartujesz sobie? – patrzy na mnie jak na idiotkę.
- Wolałbyś być pandą?
Harry uderza ręką w czoło, robiąc głośny plask i krzywiąc się z bólu, ale tak delikatnie, że niby go to nie bolało.
- Nicki… Czy ty jesteś idiotką?
- Bonnie czasami mnie tak nazywa. I ty. I Tina. I Ann. A ma siedem lat…
- Dobra! Skończysz to, co mówiłaś o… mnie i Stephanie?
Biorę głęboki oddech. Teraz wszystko się wyda. Teraz. I zaczynam.
- No bo…
- No bo…?
- Pamiętasz naszą rocznicę poznania się? Jak zabrałeś mnie do tych wszystkich wspaniałych miejsc i dałeś ten felerny tort?
- No tak. I…?
- I potem jak wróciłam do domu… Ja leżałam na łóżku Bonnie i myślałam.
-Gratuluję – mówi, a ja daję mu kuksańca.
- I myśląc, doszłam do wniosku, że…
- POWIEDZ COŚ RAZ A PORZĄDNIE. JEZU NICKI MÓW, JESTEM TWOIM NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM!
- ŻE JESTEM W TOBIE ZAKOCHANA OKEJ?! – drę się na niego, po czym spuszczam głowę.
Znowu zaciskam oczy i czekana jakąkolwiek reakcję. Przez chwilę siedzimy w ciszy, a mi chce się płakać, bo chyba właśnie popełniłam swój życiowy błąd. Wtedy jednak Harry z całej siły mnie ściska. Nie rozumiem, co się dzieje, ale także go przytulam.
- Nicki, ja chciałem ci powiedzieć to już dawno temu… Ale nie miałem odwagi – przyjaciel szepcze mi do ucha.
- Ale… Ja… A co ze Stephanie? – pytam zdezorientowana.
- Ona mi powiedziała, że ty jesteś zakochana w Niallu. A potem zaproponowała, żebyśmy się pocałowali żeby sprawdzić czy coś z tego wyjdzie. Nicki… Ja byłem załamany… Nie mam pojęcia, czemu się zgodziłem, jestem idiotą.
- Nie mów tak… - szepczę.
- Ale to prawda! – Harry mnie puszcza – Zamiast zebrać się na odwagę i wyznać ci co czuję, ja czekałem! Jestem… - zamykam mu usta pocałunkiem.
Pierwszy raz poczułam coś takiego. To są te fajerwerki w brzuchu! To takie miłe uczucie, aż zaczynam się śmiać, odrywam się od Harry’ego i kładę na kanapie.
- Co się stało? – pyta.
- Świetne uczucie.
Harry kładzie się obok mnie na kanapie i mnie ściska.
- Czyli teraz jesteśmy tak jakby parą? – szepcze mi do ucha.
- Tak jakby chyba tak – uśmiecham się.
Wtedy za naszymi plecami słyszymy okrzyk radości. Stoi tam Niall z naburmuszoną Ann na rękach.
- Wygrałem! Jesteś mi winna dychę! – krzyczy do mojej siostry.
- O co się założyliście? – pytam.
- Ja mówiłem, że zostaniecie parą. Ona, że Harry ucieknie.
Moja kochana siostrzyczka.
Ale teraz mam Hazzę.
Wspaniałe uczucie.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Miało być suodko.
Jak wyszło, się okaże.
Dzięki wielki za 730 wyświetleń, jesteście wielcy :*
Pozdrawiam Julkę, którą poznałam na spotkaniu fanów książek, i która jest directionerką ;3

czwartek, 18 kwietnia 2013

Rozdział XXI (dużo kupki)


Po tym jak moja siostra zaczęła męczyć Nialla, humor trochę mi się poprawił, jednak nie na tyle by wyjść z domu. A jest taka ładna pogoda. Nawet świeci słońce, a to coś nowego. Wiem, że muszę pogadać z Harrym, wyjaśnić całą sytuację, ale… jeszcze nie teraz.
Tina dzwoniła kilka razy, ale nie odebrałam, nie chciałam. Wolałam patrzeć jak Ann ujeżdża Nialla. I choć powinnam mu pomóc, znalazłam nawet uzdę (nie mam bladego pojęcia, co robiła w moim domu, biorąc pod uwagę, że moja jedyna styczność z koniem, miała miejsce, kiedy byłam pięcioletnią dziewczynką i spadałam z wielkiego konia wyścigowego mojej ciotki) i pomogłam siostrze ubrać w nią kolegę. Ten patrzył z przerażeniem jak jakaś śmieszna metalowa rurka została perfidnie wepchnięta mu pod język, a całość zarzucona mu na szyję, bo wypadała mu twarz (fajnie to brzmi). Zainterweniowałam dopiero, gdy mała przyszła z ogonkiem osła, który przypina się szpilką do pinaty, czy innego czego. NO, ALE NIE DO CZŁOWIEKA, NO JA PROSZĘ. Kocham moją siostrę, chociaż jest rozwydrzonym, wstrętnym, śmierdzącym, małym, bezlitosnym, fałszywym tyranem z brązowym pasem teakwondo i arsenałem gadżetów szpiegowskich. Ale to moja malutka siostrzyczka!
Niall w końcu objął ją rękami z całej siły, przewiesił sobie przez ramię, jak worek, pobiegł na górę i chyba zamknął ją w pokoju, bo nic (czytaj: Annabelle) za nim nie przybiegło. Walnął się do mnie na kanapę i patrzy wzrokiem typu „DLACZEGO NIE POMOGŁAŚ KIEDY TWOJA SATANISTYCZNA SIOSTRA WYCISKAŁA ZE MNIE SIÓDME POTY?!”, a ja tylko wzruszam ramionami. Nie żeby coś, ale ja sama się jej boję. A ona ma siedem, SIEDEM lat.
Włączam telewizor, aby robić coś, w czym zaczynam poważnie widzieć swoją przyszłość. Będę zawodowo oglądać bajki dla dzieci. No bo skoro są testerzy czekolady, albo foteli masujących, to czemu nie ma bajek? Będę miała swoją własną firmę, którą nazwę Nicki S.A. I Reklamę! „Chcesz stworzyć nową bajkę? Nie wiesz, czy jest dobra? Zgłoś się do nas! My rozwiążemy twój problem! Nicki, specjalista od spraw bajek dla dzieci, z wielką chęcią przetestuje twoją twórczość! Zadzwoń już teraz! *jakiś dżingielek reklamowy*” I będę sławną bizneswoman, która podróżuje po świecie! Marzenia przerywa mi dźwięk łamanych drzwi (mając siostrę taką jak moja, zna się go bardzo dobrze) i na dół zbiega smutna Annabelle.
- Nicki, muszę kupę.
Ehh… I chyba to na razie będzie moja przyszłość.
Żegnajcie marzenia!
Witaj kupko siostry.
Wtedy jednak do domu wchodzi Harry.
- Cóż to za żargon się pytam? – pyta Annabelle.
Niall patrzy na mnie, a ja tylko kręcę głową z rezygnacją.
- Nicki możemy porozmawiać? – zwraca się do mnie Hazza.
- Jasne. Ale teraz muszę pomóc siostrze się wypróżnić.
Wstaję, biorę Ann na ręce i biegnę z nią do łazienki. Stawiam ją na ziemi i zamykam drzwi od środka.
- Rób co masz robić. Długo – rozkazuję i odwracam się.
Słyszę jak siostra zdejmuje portki i siada na sedesie. Matki zawsze się chwalą, że ich dzieci to puściły bączka!, czego nigdy nie zrozumiem. Hm.. Kupka, Ann wali jak zdechły kot polany sosem z zarżniętej makreli. Postanawiam skupiać się na pozytywach.
Nie ma żadnych.
No chyba, że zaletą jest to, że jej kupa robi śmieszne „plum”.
Odór dostaje mi się do oczu i te zaczynają lekko łzawić.
- Jezusie boski, czemu? – pytam się sufitu.
Biorę z pralki klamerkę do bielizny i zatykam nią nos. To nic nie daje. A w filmach zawsze działa. Tylko boli mnie kinol.
Ał.
Postanawiam zająć się czymś, co dziewczyny w łazience lubią najbardziej, czyli…
Nie, nie malowanie.
CZYTANIE ETYKIETEK PO KOSMETYKACH!
Taka pianka do włosów. Zawiera jakiś przeklęty Polyaminopropyl. To straszne. Co by było gdyby on żył? Wyobrażacie sobie? „Polyaminopropyl obiad!” „Polyaminopropyl umówisz się ze mną?” Nie łatwiej było go nazwać… Hm… Bob? Nie! Musi być Polyaminopropyl. Ta nazwa… Ona tak do mnie przemawia! Czuję ją całą sobą! (nie, raczej nie)
Albo Salicylate. Dziewczęca nazwa. Więc byłaby żoną Polyaminopropyla. „Polyaminopropyl+Salicylate=LOVE FOREVER AND EVER.
W czasie rozmyślania jak nazywałyby się ich dzieci(polyaminopropylątka?), zauważam, że Ann stoi obok mnie, więc siedzę w tym fetorze, choć wcale nie muszę.
Ze złością wychodzę z łazienki i słyszę jak chłopcy się kłócą.
- To ją zabolało wiesz? – mówi Niall.
- Myślisz, że ja tego chciałem?! – drze się Harry.
- No raczej tak!
- A z resztą, co jej do tego?
- Pogadasz z nią to się dowiesz.
Cisza.
Wącham swoją rękę i czuję, że przesiąkłam odorem kupki. Spuszczam głowę w dół i ze zniszczoną dumą i brakiem czasu na prysznic wchodzę do salonu.
Jestem gotowa na rozmowę z Harrym.
Chyba, że międzyczasie ucieknie.
Naprawdę śmierdzę…

------------------------------------------------------------------------------------------

Dzisiaj kupkowo-toaletowo-chemiczny rozdział ;-;
Pozdrawiam wszystkich czytających, a w szczególności Annalenę, bo się kobita chyba uzależniła od mojego blogaska (taki żargonik).
Memento Mori! <3
Wasza,
Shizz.

Rozdział XX


Łzy ciekną mi po policzkach i jedyne, co czuję to jak ramiona Nialla mocno mnie ściskają. Jednak tym razem to nie pomaga. Płaczę coraz mocniej, aż w pewnym momencie upadam na kolana i wciąż ryczę.
Nie mogę w to uwierzyć…
Mój Harry…
Ze Stephanie…
A ona mówiła, że sobie odpuści…
Niall siada obok mnie.
- Dlatego nie chciałem ci mówić…
- Lepiej znać prawdę – łkam – Nawet, jeśli jest bolesna.
Kolega mocno mnie przytula, a ja wciskam głowę w jego ramię. Moczę mu cały rękaw. Ten głaszcze mnie po włosach bez słowa. Dobrze wie, że nie znoszę tych pustych zapewnień, że wszystko będzie w porządku. I tak nie będzie.
W końcu zbieram się na nogi i wycieram oczy ostatni raz. Przeczesuję grzywkę palcami, odgarniając ją do góry i patrzę się na Nialla.
- Idziemy? – pytam.
- Dasz radę?
- Chyba nie będziesz mnie niósł – uśmiecham się lekko.
No, ale cóż. To jest Niall. W jednej chwili stoimy obok siebie bez słowa, a w drugiej zwisam z jego ramienia. Śmieję się.
Piękne uczucie.


- ŻE CO? – drze się Tina – JA JUŻ MU USZY POWYRYWAM. I WSZYSTKO. RĘCE, NOGI, NIECH CIERPI LANGUSTA.
Od razu po powrocie do domu zadzwoniłam do niej. Siedzę teraz w wannie Bonnie, a ona chodzi zdenerwowana po łazience.
- ZABIJĘ GO. NIE ŻARTUJĘ, ZABIJĘ GNOJA.
- Uspokój się… - szepcę.
- JA MAM SIĘ USPOKOIĆ?! JA JESTEM CHOLERNIE SPOKOJNA! JESTEM CZYSTYM SPOKOJEM! GDYBYM CHCIAŁA MOGŁABYM LEWITOWAĆ JAK CI ŁYSI FACECI CO ROBIĄ „OMMM”!
- Tina…
- JAK ON MÓGŁ TO ZROBIĆ?! ZE STEPHANIE! TĄ MAŁĄ PARSZYWĄ PRUKWĄ Z BOTOKSEM W RYJU!
- Tina…?
- NIENAWIDZĘ JEJ. PRZYJACIÓŁKA KURDE ZA DYCHĘ. A NIECH SIĘ FLĄDRA WALI!
- TINA!- wrzeszczę w końcu.
- Tak? – pyta moja przyjaciółka.
- Uspokój się.
Tina siada na brzegu wanny i patrzy na mnie ze smutkiem.
- Jak się z tym czujesz?
- Strasznie. To niby moja wina, że mu nie powiedziałam, ale… Tak strasznie go teraz nie znoszę – opieram głowę o kolana.
- Nic dziwnego… Poprosić Liama, żeby z nim pogadał?
- Nie. To bardziej sprawa między nami… Sama muszę to załatwić.
Przyjaciółka wpada do wanny i mocno mnie przytula. Cieszę się, że ją mam.
- To kiedy z nim pogadasz? – pyta.
- Jak tylko się uspokoję, odczerwienię na twarzy i będę gotowa. Być może jeszcze dzisiaj.
- To ja zostawię cię samą. Wiem, że każdy tego potrzebuje, a ja, jako twoja najlepsza przyjaciółka muszę znać twoje potrzeby i…
- Umówiłaś się z Liamem prawda? – pytam.
- Tak –Tina się szczerzy, wychodzi z wanny, macha mi i wybiega z łazienki.
Siedzę tu jeszcze trochę, ale zaraz wychodzę i idę do kuchni. Jak człowiek ma doła potrzebuje czekolady. Grzebię w szafkach, aż znajduję całą tabliczkę. Kawowa. Może być. Robię sobie jeszcze na szybko kakao, dorzucam do kubka pianki i z całym asortymentem idę do salonu. Siadam na kanapie, przykrywam się kocem i popijając kakałko, oglądam te durne bajki, co zwykle. Jakoś od niedawna tylko one mnie pocieszają. Pakuję sobie do buzi kilka kostek czekolady i czekam aż całość rozpuści się na maź o obrzydliwej konsystencji. Oczywiście nie mogło zabraknąć ubrudzenia się nią. Brawo Nicki! Uwal się cała czekoladą, ciesz się, że chociaż coś zjadłaś.
Tak samo robię z całą resztą czekolady i kiedy w opakowaniu nie ma nawet kosteczki, kładę głowę na poduszce. Mija chwila i otwierają się drzwi wejściowe. Tak jak podejrzewałam, to Niall, który poszedł do domu po swoje rzeczy. Patrzy na mnie z litością.
- Co jest Niallerku?
- Jak się czujesz? – pyta.
- Jak wrak człowieka- uśmiecham się pusto.
- Przyniosłem colę waniliową i kwaśne żelki. Chce… - nie kończy, bo skacze na niego Ann ujeżdżająca moją biedną Pear.
- Cześć kolego – mówi ten siedmioletni potwór na grzbiecie śliniącego się psa.
- Cześć mała – z przerażeniem w głosie odpowiada Niall.
- JA NIE JESTEM MAŁA! – Ann staje na plecach Pear i wskakuje z nich na Nialla, niczym latająca wiewiórka ze wścieklizną.
- Pomóż! – piszczy mój koleżka.
A ja się tylko śmieję jak idiotka.
Po co ci ludzie przychodzą do mojego domu?
I to z własnej woli?
Haha.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Rozdział XIX


Po dziesięciu minutach dałam radę odwiązać Nialla (moja siostra jest harcerką i jej węzły są… hmm… świetne). Po Ann przyjechała mama jej koleżanki z czterema siedmioletnimi dziewczynkami w aucie. Biedna kobieta. Życzyłam jej szczęścia, a ta wzięła głęboki oddech i zaczęła jechać. Przejechała jakieś dziesięć metrów i o mało co nie walnęła w drzewo. Pewnie moja siostrzyczka zaczęła śpiewać, albo trenować, teakwondo.
Idziemy teraz z Niallem przed siebie, nie mając pojęcia gdzie właściwie dojdziemy. Dawno nie byłam w tej okolicy, więc orientację zgubiłam, hmm, dawno. Ale mój towarzysz wygląda jakby wiedział gdzie dokładnie idzie, więc postanowiłam mu zaufać.

Dochodzimy do centrum. Normalna droga zajęłaby nam jakieś, dziesięć minut, ale Niall wybrał godzinną trasę. Zatrzymuję się przy Starbucksie i bez słowa wchodzę. Kolega chyba nawet tego nie zauważył, bo wciąż idzie przed siebie. Kupuję bezkofeinowe cappuccino karmelowe razy dwa i go doganiam. Ten jest tak zajęty opowiadaniem jakiejś niesamowitej inaczej historii, że chyba serio nie zobaczył mojej nieobecności. Popijam sobie kawkę i olewam to co mówi. Ten patrzy na mnie ze zdziwieniem, potem na kawę, znów na mnie, na kawę… Zabiera mi jeden kubek, po czym kontynuuje historię. Idziemy w stronę centrum handlowego. Cieszę się, że wzięłam portfel, w którym mam wszystkie oszczędności z pilnowania Annabelle. Bonnie mi płaciła, bo czasami miała jej dość. Więc ja zamykałam ją w pokoju na kilka godzin z misiem a za to dostawałam pieniądze. Postanawiam kupić sobie coś ładnego. Ale wygodnego. I w przyzwoitej cenie. Po krótkim namyśle, rozumiem, że NIC takiego nie znajdę, więc pójdę tylko do herbaciarni, bo mieli dodać jakiś nowy smak. Huhu.
Niall zakłada ciemne okulary i czapkę z daszkiem, które nie mam bladego pojęcia skąd wziął. MAGIK JAKIŚ. Ale tak szczerze się mu nie dziwię.  Wchodzimy do centrum bez żadnego spojrzenia pełnego miłości, zdziwienia czy innego czego. To taka miła odmiana. Nie żebym była sławna, ale zawsze jak jestem, z którymś z kolegów, no to… no nie jest miło…
Wchodzę do pierwszego lepszego sklepu, gdzie są meeega drogie  ubrania i biorę kilka tych najdroższych, a zarazem najbrzydszych. Idę do przymierzalni i ledwo wciskam się w sukienkę ze sztucznego futra i kapelusz z dwumetrowym rondem. Szeptem wołam Nialla, a ten przychodzi w marynarce w zebrę. Wybucham śmiechem i pokazuję swój strój. Znowu się śmiejemy, a ja w przymierzalni szybko przebieram się w swoje ciuchy. Widzę jak ochroniarz patrzy na nas spod byka, więc chichocząc jak idioci wybiegamy ze sklepu. Wtedy podbiega do nas jakaś na oko czternastoletnia dziewczynka. Zadaje mnóstwo pytań, ale rozumiem tylko czy może sobie zrobić z nami zdjęcie. Z NAMI. Nie z Niallem. Czuję się jak jakaś mega gwiazda. Dziewczyna staje między nami i uśmiecha się szeroko, a jakaś kobieta robi nam zdjęcie. Młoda piszczy i mocno nas przytula, po czym odbiega. Patrzę się na nią ze zdziwieniem.
- To takie… - zaczynam.
- Fajne?
- Całkiem, a zarazem lekko przerażające – uśmiecham się.
Idziemy do sklepu z biżuterią. Oczywiście następny, przy którym mogę udawać, że na coś mnie stać. Nie wchodzę do środka, bo zaraz naskoczy na mnie jakaś elegancko ubrana kobieta, ze sznurem, białych jak śnieg zębów i idealnym kokiem na głowie i się spyta, czy w czymś pomóc. A ja wtedy powiem „Nie, mam tylko (tu wstaw bardzo małą liczbę) funtów” po czym będę miała wrażenie, jak wszyscy klienci patrzą się na mnie jak na wariatkę. Więc podziękuję. Stoję przy witrynie i patrzę na zegarki, bransoletki i kolczyki, które zawsze mi się marzyły. W pewnym momencie wybucham śmiechem na myśl, jaka głupia byłam. Przecież to wszystko jest takie wstrętne! Tylko wsadzą tam mikroskopijny świecący kamyczek i już! Biżuteria droższa o kilka tysięcy funtów. Haha. Jeju, jakie to wszystko jest szkaradne. Haha.
Widzę, że Niall sobie poszedł, więc szybko go doganiam. Ten wygląda na lekko zdenerwowanego, ale ignoruję to.
- Gdzie idziemy?
- Nie wiem zaproponuj coś –mruczy ledwo słyszalnie.
- Poszłabym do herbaciarni.
- Tylko nie tam… - jęczy.
- Co jest?
Niall milczy.
- Niall?
Cisza.
- HEJ LUDZIE, PATRZCIE! TO NIALL HORAN Z ONE… - nie kończę, bo kolega zakrywa mi usta dłonią.
- Chcesz wiedzieć? – pyta cicho.
- Tak!
Bierze mnie za rękę i ciągnie gdzieś. Zatrzymujemy się przed herbaciarnią, tą do której zawsze chodzę z Harrym.
- Widzisz? – pyta Niall.
Na początku nie wiem o co mu chodzi, ale kiedy się przyglądam zauważam burzę loków. Harry!, myślę i uśmiecham się mimowolnie. Wtedy jednak zauważam, że ten wcale nie jest sam. Jest z dziewczyną. Co więcej, całują się.
Czuję jak łza cieknie mi po policzku, gdy odrywają się od siebie.
Patrzę na jej twarz.
Jest piękna.
Stephanie.

------------------------------------------------------------------------------------------

Smutne? ;_;
Nie bardzo..
Ale mam słaby humor, bo jak wiecie jedna z directionerek popełniła samobójstwo, przez hejty skierowane w jej stronę bo lubiła 1D.. Biedna dziewczyna, pisała, że jedyne wsparcie ma w ludziach z Twittera.
Dla nas żyjesz wiecznie Danielle.
Kochamy cię siostro.
[*]
Jedna dziewczyna wpadła na pomysł, że żeby uczcić jej pamięć jutro na ubrania przyklejamy czerwone lub różowe serduszko. Zrobię to.

środa, 10 kwietnia 2013

Rozdział XVIII


Gotuję.
Ja.
W kuchni.
Jedzenie.
Ja.
JA!!!!
Niall kazał mi sobie gotować. Waleniec jeden. Więc zrobiłam mu naleśniki, sałatkę owocową i gofry. TO jedyne rzeczy, które umiem przyrządzić i są jadalne. Niall na pewno będzie narzekał, że nie smakuje jak w Nandos, ale mam to w nosie. Ma zjeść wszystko! I jeszcze pochwalić!
- Nicki, twoja siostra tnie dywan- szepce Niall wskazując gdzieś za mnie.
- Tak, kiedyś pocięła wszystkie firanki, obrusy i prześcieradła, jak zniknie jeden dywan nic się nie stanie.
Niall wzrusza ramionami i zabiera się za jedzenie sałatki owocowej. No cóż, w moim przypadku sałatka owocowa składa się z tego, co miałam, czyli… z ogórków, marchewek i jabłek. Ale chyba mu smakuje. Przynajmniej nie wymiotuję, a to już połowa sukcesu. Zauważam Pear, która smętnie podchodzi do swojej miski.
- Co pieseczku? Chcesz amciu? – ta w odpowiedzi puszcza bąka, więc odbieram to, jako „tak”. Wyjmuję z szafki jej suche jedzenie i wsypuję miarkę do miski. Nigdy nie zapomnę jak Ann myślała, że to płatki i wymiotowała przez trzy dni. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Serio. A jak zwymiotowała na ulubione buty Bonnie padłam na ziemię w wielkim spazmie i rechotałam jak jakaś wściekła wiewiórka.
Wtedy Niallowi dzwoni telefon.
- Halo?... Nie mogę… Jestem u Nicki… Tak… No bo ty uciekłeś!... Okej… Pa.
- Harry? – pytam.
Niall kiwa głową.
- Pójdziemy na miasto?
- Okej. O której? – aprobuję jego pomysł.
- Tak mniej więcej za godzinę?
- Dobra. Zdążę wszystko zrobić.
Od razu biorę się do roboty. Muszę się przebrać, uczesać Ann, bo idzie na piknik do koleżanki, wybrać jej ubranka, zrobić jej coś do picia na drogę. Tia.
Szybko biegnę na górę i wbijam do pokoju siostrzyczki jak jakiś dziki dzikus. Mała siedzi przy szafie na kolankach i płacze.
- Co się stało? – siadam obok niej.
- Moja bluzeczka się porwała – łka.
Dzieci to mają problemy.
- Daj- zabieram jej coś o wyglądzie różowej szmaty i idę do pokoju. Włączam maszynę do szycia, która zawsze jest przygotowana na moim biurku i biorę się do zszycia dziury. Idzie szybko, bo nie jest taka duża. Podnoszę swoje dzieło na wysokości oczu i dumna z siebie wracam do pokoju siostry. Rzucam w nią bluzeczką, a ta aż spada na plecy. Śmieję się jak głupia dopóki nie dostaję kapciem. Robię pięć głębokich oddechów i znów siadam obok Ann.
- Co chcesz założyć?
- Tą bluzkę – wskazuję na zszytą przeze mnie szmatkę – fioletowe spodenki i pantofelki.
Wyjmuję z szafy wszystkie wybrane przez nią ubrania (wszystkie są szkaradne i o kolorze pofarbowanego pudla) i podaję jej. Mała zrzuca z siebie ubrania, a ja krzywię się lekko i odwracam wzrok. Kiedy znów na nią patrzę jest już ubrana i choć ciuchy były wstrętne, ona sama wygląda w nich jak aniołek. A długie, falowane blond włosy i wielkie niebieskie oczy, jeszcze jej w tym pomagają.
- Uczesać cię? – pytam.
- Tak! W warkoczyki!
Krzywię się lekko, bo miałam nadzieję, ze powie „Nie!”, albo „Tak, w kucyka” bo to jedyna fryzura, do której mam cierpliwość. Podchodzę do jej biurka i biorę dwie wielkie różowe gumki i zakładam je na ręce. Staję za nią i zaczynam ją czesać.
- O której mam cię odebrać? – zagaduję.
- Jutro. Zostaję na noc, mówiłam ci.
Więc do mojej listy dochodzi jeszcze spakowanie jej, bo nie ufam swojej siostrze. Raz do kolegi wzięła maszynkę do golenia i zgoliła mu wszystkie włosy na głowie.
Dumna wiążę drugiego warkoczyka i stwierdzam, że nie wyszły chyba takie złe.
- Idź poproś Nialla, żeby zrobił ci sok – mówię i wypycham ją z pokoju.
Do jej różowego plecaczka (też kiedyś lubiłam ten kolor, no ale bez przesady!) pakuję bluzkę z misiem, jeansy i bieliznę na jutro. Idę do łazienki i dorzucam szczoteczkę do zębów i szczotkę do włosów. Wchodzę do swojego pokoju i postanawiam być przemiłą siostrą. Ze swojej tajemnej skrytki (o której wie każdy, tak na marginesie) wyjmuję opakowanie żelków, pastylek miętowych i krakersów Ritz i wkładam jej do tobołka. Schodzę na dół, skąd słyszę piski i wrzaski Nialla.
Okazuje się, że moja pełna uroku siostrzyczka wskoczyła mu na plecy, kiedy ten robił jej sok. Ignoruję to i podchodzę do sokowirówki, by go dokończyć. Swoje dzieło wlewam do plastikowego bidonu z Barbie i także wkładam go do plecaka. Podaję go siostrze.
- Kiedy przyjedzie mama Rachel?
- Niedługo! – zapewnia mała.
- Niall idę się przebrać, przypilnuj Ann, dobrze? Dzięki! – mówię i wybiegam z kuchni.
- NIE JESTEM PEWIEN! – słyszę wrzask kolegi, ale zaraz przestaje. Pewnie stracił przytomność, czy coś w tym guście. Wchodzę do pokoju i zamykam się od środka. Z szafy wyjmuję za duży T-shirt i czarne spodnie. Szybko się przebieram i schodzę na dół. Niall jest przywiązany do krzesła i ma jabłko w buzi. Bełkocze coś. Chyba chodzi mu o „ratuj”.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czwarty rozdział wrzucony dzisiaj ;_;
Nie miałam internetu przez dwa dni i tylko pisałam, nic więcej .
Na razie koniec tego spamiku, może jeszcze coś dzisiaj wrzucę.
Pozdrowionka lecą do :
 
  <3
Dziękuję wszystkim, którzy czytają moje wypociny :*

Rozdział XVII


- Niall przyszedł pogadać – tłumaczę kolegę.
- I dlatego się z nim przytulałaś?
- Stary, przecież wiesz, że ja to robię najlepiej – wszyscy zgodnie kiwamy głowami.
- Ale ja nie lubię jak dziewczyna, którą znam przytula się z kimś innym niż ja – marszczy czoło Harry.
- Tina? – pytam.
- To nie dziewczyna, to… Tina!
Znowu wszyscy się z tym zgadzamy. Moi towarzysze zaczynają na siebie pluć (nie wiem, co żyje w ich chłopięcych głowach), a ja wracam do oglądania kolejnych dziecięcych bajeczek. W końcu ślina jednego z nich ląduje na moim ramieniu. Na początku jestem spokojna. Potem czuję jednak jak przez gardło przepływa mi złość, rozdrażnienie i chrupek serowy. Rzucam się na nich jak kuna ze wścieklizną i nie przestaję kopać ich i drapać, póki oboje nie zrzucają mnie na ziemię. Mam pokaleczoną rękę, plecy i dumę.
Boli.
Najgorsze jest to, że to ja zaczęłam.
Ał.
Niall pomaga mi wstać. To jest kolega, nie to, co Harry. Zbił mnie i jeszcze się gówniarz śmieje. Daję mu kuksańca. Ale nie takiego przyjacielskiego. Walę go z całej siły w ramię, ale ten idiota ma takie mięśnie, że chyba nawet nic nie czuje, bo nie przestaje się śmiać. Moja siła jest równa sile mrówki, nie zmieniając masy ciała. To straszne.
Poniżona siadam na kanapie i ignorując kolegów znowu oglądam bajki. Tym razem jest o tygrysku, który straszył inne zwierzaki, a one go nie lubiły i było mu smutno. Aż objawił mu się tygrys-duch i powiedział, że musi się zmienić. No i ten się zmienił i wszyscy go polubili. Jak się nazywa ta bajka? „Straszący zwierzątka tygrysek, któremu objawił się duch i stał się lepszy”? Sprawdzam w telegazecie. „Strasznie miły tygrysek”…
A myślałam, że nic nie przebije małpki…
Harry patrzy na mnie z zażenowaniem, kiedy płaczę przy momencie, kiedy tygrysek rozdaje wszystkim cukierki i mówi, że ich kocha. To było takie słodkie. Zauważam, że Niall też płacze. Nic dziwnego, on płacze prawie na każdym filmie…
- Jak wy możecie to oglądać? – pyta mój przyjaciel bez serca.
- Zamknij się! Idzie pani Tygryskowa! – łka Niall.
Słyszę jak Harry się wycofuje i trzaska za sobą drzwiami. Całkowicie wyszedł z mojego domu. Bywa.
- O niego chodzi, prawda? Podoba ci się?
- Może trochę…
- Wiedziałem!
KOLEJNA OSOBA NA LLKSNJDSŻJZWSNP.
- Jesteś idiotą – mówię.
- Dzięki – szczerzy się.
- Chcesz dzisiaj zostać na noc? – pytam.
- Jasne, czemu nie?
Dzisiaj mam zastępcę Hazzy. Może będzie mu głupio?

Rozdział XVI


Poprosiłam Harry’ego żeby został na noc, bo nie wyobrażałam sobie spania w praktycznie pustym domu. Tylko ja i Annabelle. Już chyba wolałabym… o jeju nie wiem, zjeść makrelę niż zostać z nią sama. Nie po tamtym strasznym dniu. Brr.
Kocham moją siostrę, ale to diabeł wcielony. Zaczęło się jak miała dwa lata, Bonnie kupiła jej świnkę morską, a ta rzuciła ją na mnie. Miałam ranę ciętą na policzku.
Nie mniej jednak cieszę się, że Stephanie się wyprowadza. Tylko zajmowała mi pokój ;_;
Popijając sok kaktusowy leżę na kanapie w salonie i oglądam kolejny odcinek „Brzydkiej małpki, która szuka przyjaciół”. To chyba druga część. Nazywa się „Brzydka małpka znajduje przyjaciela”. Nie no, to już jest żałosne. Tym razem brzydka małpka i jej kolega z poprzedniej części bawią się ze sobą, śpiewając piosenki i chowając różne rzeczy.
Ten świat spada na psy.
Albo raczej na małpy.
Na brzydkie małpy.
- CO CHCESZ NA OBIAD?! – Harry drze się z kuchni.
- JEDZENIE! – odkrzykuję.
Przyjaciel mi gotuje. To takie słodkie. Nie wiem, co zrobi, ale mu ufam. Chyba, że będzie to langusta. Wtedy nią w niego rzucę. Rozkładam się na kanapie i przykrywam kocem. Jest mi cieplutko i milutko. Tak może być już zawsze.
- Serio co chcesz na obiad? Harry wchodzi do salonu.
- Nie wiem. Nic. Herbatę.
- No to mi to wali – przyjaciel kładzie się na mnie.
Jest trochę ciężko, biorąc pod uwagę, że, hmm… KTOŚ NA MNIE LEŻY. Wiercę się przez chwilę, ale czuje się jak mors przebity harpunem. Mam małe deżawi. Leżę przez chwilę spokojnie, po czym zaczynam się wiercić.
- Zejdź ze mnie.
- Skoro tego chcesz – Harry ześlizguje się ze mnie i jak śledź spada na ziemię. Jakoś tak dzisiaj wszystko łatwo mi idzie. Jakbym była wysmarowana masełkiem czy coś.
Mój przyjaciel spadł tak, ze mam idealny widok na jego włosy, które teraz są bardziej proste niż kręcone. Nie zmienia to faktu, że wygląda prześlicznie.
Debil.
- Nicki! Nudzi mi się! – słyszę schodzącą na dół Annabelle.
- O nieee! – chowam się pod kocem.
- Co jest mała? – Harry pyta się mojej siostry.
- Straaaaaaasznie mi się nudzi. Odcięłam już wszystkim lalkom głowy i teraz nie mam, co robić.
MOJA SIOSTRA TO SADYSTKA. Siedmioletnia sadystka. Z siedmioletnim stażem!
- Może jeszcze misiom poodcinasz głowy? – proponuje Harry.
MÓJ PRZYJACIEL TO SADYSTA. Dziewiętnastoletni sadysta. Z dziewiętnastoletnim stażem i uśmiechem, który łamie żebra.
- Im odcięłam… Ale wezmę misie Nicki!
- NAWET SIĘ NIE WAŻ! – wynurzam się spod koca i niczym pantera ze wścieklizną rzucam się na siostrę. Jednak, widać, że brązowy pas w teakwondo nie zdobyła przypadkiem, bo przerzuca mnie sobie przez ramię, krzycząc niczym mongolski wojownik. Przypominam, MA SIEDEM LAT.
Patrzę się na nią przerażona.
- Super! – Harry patrzy na nią z podziwem i pomaga mi wstać. Czuję się jak w tym śnie, kiedy idziesz nago do szkoły, patrzysz w dół i tam nic nie ma. Poza twoim obnażonym ciałem. W wielkim spazmie padam znowu na kanapę i stosuję znaną z „Nie ma to jak statek” metodę pancernika, która polega na jak największym skurczeniu się poprzez złapanie swoich nóg, kołysanie się i płakanie „proszę nie bij”. Kiedy przestaję i podnoszę głowę, liczę na to, że Harry będzie stał nade mną i patrzył z delikatnym uśmiechem. Ale go tam nie ma. Nade mną, na podłodze, w ogóle w salonie. Annabelle także.
Zostałam sama.
Smutno mi.
A bajka o szkaradnej małpce się skończyła. Teraz leci jakaś piosenka o słoniu.
- JEST LEPSZA OD TYCH TWOICH WYPOCIN ŚMIECIU! – krzyczę licząc na to, że Harry mnie usłyszy. Ale chyba ma mnie w nosie.
Słyszę jak otwierają się drzwi. Nie zareagowałabym nawet gdyby do mojego domu wpadła rosyjska mafia, grożąc mi porwaniem Ann (o, a wtedy to jeszcze bym im pomogła!), spaleniem domu, czy czymś innym. Patrzę się w kierunku drzwi i widzę uśmiechniętą głowę Nialla. Zapraszam go głową do środka.
- Co tu robisz? – pytam.
- Louis z Eleanor, Liam z Tiną, Zayn z Perrie, to ja przyszedłem do ciebie – szczerzy się.
- To brzmi jakbyśmy byli parą. Siadaj – klepię miejsce obok siebie.
Kolega siada i rozkłada swoje szanowne stopy na moim stoliku do kawy. Nie reaguję, bo… nie chce mi się okej?! Rzucam w niego paczką chrupków, na której leżałam (nie wiem…) i opieram głowę o zgięte kolana.
- Co jest? – pyta Niall.
- W porządku – uśmiecham się – Tak jakoś mam po prostu doła.
- Rozumiem. Chcesz się przytulić?
Kiwam głową i mocno go ściskam. Harry przytula świetnie, ale to Niall jest w tym mistrzem. Potrafi sprawić, że nawet najgorsza depresja przejdzie w sekundę. Uwielbiam się do niego tulić.
- Świetnie przytulasz wiesz? – pytam, mu w ramię.
- Wiem, dziękuję. Już lepiej?
- Lepiej. Dzięki wielkie – całuję go w czółko po przyjacielsku.
- Co ty tu robisz Niall? – słyszę lekko rozzłoszczony głos Hazzy.
Ałć.

Rozdział XV


Postanowiłam dzisiaj porozmawiać ze Stephanie. Uznałam, że skoro i tak nigdy jej nie ma lepiej, żeby zamieszkała w hotelu. Tak będzie lepiej dla nas obu. Dla mojego portfela też. Steph może jeść tylko zdrową żywność, która jest trzy razy droższa od zwyczajnej, a różni się tylko napisem „light” na opakowaniu. Więc jak tylko wróci do domu (bo jeszcze jej nie ma) będę musiała poważnie z nią pomówić.
Zostali u mnie tylko Tina i Harry. Resztę, włącznie z Liamem, przy ciągłym narzekaniu mojej przyjaciółki, wyprosiłam. Chciałam pobyć tylko i wyłącznie z tą dwójką. Tak, więc po zmarnowaniu na mojej głowie czterech kostek masła, dwóch opakowań mąki i miski płatków z mlekiem Tina w końcu powiedziała, że wybaczy mi to, że wygoniłam jej chłopaka i nawet powiedziała, że mnie kocha. To jest przyjaciółka, nie ma, co <3
Chcieliśmy tylko się dzisiaj polenić, tak jak kiedyś. Przed trasą koncertową One Direction i w ogóle. Tylko wtedy Harry jeszcze nie znał Tiny… Ale gdyby znał na pewno właśnie tak by było. Więc siedzimy na kanapie i oglądamy głupie filmy, co jakiś czas rzucając jakiś bezsensowny komentarz. Albo kapeć w telewizor. Różnie.
Oparłyśmy z Tiną głowy na kolanach Hazzy. Jest wygodnie, chyba, że ten nagle pomyśli żeby wstać i robić pajacyki, wtedy nasze łepetyny spadają, bo Harry robi to na tyle szybko, ze gdyby chciał mógłby prześcignąć Strusia Pędziwiatra.
Najśmieszniej było jak Tina zasnęła. Wiedziałam o tym, ale jej nie obudziłam. Po jakimś czasie Hazza zerwał się z kanapy, a na kolanie miał mokrą plamę. Nasza przyjaciółka go obśliniła przez sen. Haha.
- Która godzina? – pyta senna Tina.
- W pół do piątej – patrzę na telefon.
Ta zrywa się nagle i krzycząc, że umówiła się z Liamem wybiega z domu. Okej. Wciąż trzymając głowę na kolanach przyjaciela odpisuję Bonnie na smsa. Wszystko jest w porządku, dom jeszcze stoi, Annabelle na razie żyje i takie tam. Nie wiem, czemu do mojego domu wpada, nagle pani Stacy z patelnią w ręku i krzyczy coś, że dostała zlecenie by sprawdzić czy żyjemy. Patrzę się na nią ze spokojem, aż ta z przerażoną miną wycofuje się do swojego bunkra, czy gdzie tam ona żyje. Jeśli chodzi o kobiety w jej wieku, nie mam bladego pojęcia. Ma ze sto dwadzieścia lat, koło siedmiu kotów i manię na rozmowy o swoim mężu/zmarłym mężu/mężu, który uciekł z dwadzieścia lat młodszą kobietą. Z jej historii wynika, że wychodziła za mąż koło ośmiu razy. Biedni faceci.
Harry przyzwyczaił się do tego, że moje sąsiadki zachowują się jakby dopiero, co wyszły z psychiatryka, bądź jakby druga wojna światowa wciąż trwała, więc nawet przy nich jest tym uroczym sobą. Kiedyś nawet jedna z nich chciała dać mu swój numer. Brr.
Kiedy znowu słyszę otwieranie drzwi i mam już grozić wezwaniem CSI, FBI, policji, sądu i wszystkiego możliwego, zauważam, że to Stephanie. Płacze, patrzy się na nas, płacze jeszcze mocniej i biegnie na górę.
- Wypadałoby do niej pójść – mówię od niechcenia i wstaję.
Idę do schodów i szybko wbiegam na górę. Otwieram drzwi od swojego pokoju i widzę tam uśmiechniętą koleżankę.
- Co się stało? – pytam.
- Absolutnie nic –szczerzy się ta.
- Przecież płakałaś – zauważam.
- Miałam nadzieję, że Harry zwróci na mnie uwagę. Udało się? – pyta.
- Nie bardzo.
Steph podgryza delikatnie policzek jakby się nad czymś zastanawiała. Nagle podnosi głowę i patrzy się na mnie uśmiechnięta.
- Mam pomysł! Może ty mogłabyś mi pomóc go poderwać?
Patrzę się na nią smutnym wzrokiem.
- Widzisz Stephanie… Z naszą przyjaźnią jest tak, że on jest mi bliski jak nikt inny. Czasami nawet bardziej. I choć często mam wielką ochotę go zabić, jednego dnia bym bez niego nie przeżyła. Uwielbiam go i wiem o nim wszystko. Między innymi to, że na razie nie szuka dziewczyny. Więc niestety nie mogę ci pomóc, gdyż nie zrobiłabym tego całym sercem, a jak tak, to wolę nie robić tego w ogóle.
Steph patrzy się na mnie jak na idiotkę.
- Hmm… No tak. Więc w takim razie, jasno mogę stwierdzić, że jesteś w nim zakochana. Prawda?
Spuszczam lekko głowę nie odpowiadając. Koleżanka podchodzi do mnie i mocno mnie przytula.
- Od początku wiedziałam. Widać to.
Kolejna osoba, którą mogę dopisać do listy, którą nazwałam Lista Ludzi, Którzy Szybciej Niż Ja Dowiedzieli Się, Że Jestem Zakochana W Swoim Najlepszym Przyjacielu. W skrócie LLKSNJDSŻJZWSNP.
- Stephanie i przy okazji musimy porozmawiać – mówię.
- Jeśli chodzi ci o to, że powinnam się wyprowadzić, to tak, wiem. Dzisiaj już mnie tu nie będzie.
Hm. Łatwo poszło.
- Nie jesteś zła za tego Harry’ego? – pytam.
- Żartujesz? Jest słodki, to prawda, ale ty nigdy nie byłaś w nikim zakochana. Cieszę się twoim szczęściem – uśmiecha się.
Ściskam ją z całej siły i łzy lecą mi po policzkach. Uśmiecham się do niej ostatni raz i schodzę na dół do przyjaciela.
- Steph się dzisiaj wyprowadza – mówię i siadam obok niego.
- Tak bywa – ten wzrusza ramionami.
Daję mu lekkiego kuksańca i tym razem opieram głowę o jego ramię.
- Jak się czujesz? – pyta.
- Dobrze, a co?
- Nic, ale jesteś dziś jakaś taka przymilna.
Patrzę się na niego i ściskam go jeszcze mocniej niż wcześniej Steph.
- Po prostu jestem cholernie szczęśliwa, że cię mam.

piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział XIV


- To co teraz? – pyta Niall.
- Louisa się pytaj. On ma dziewczęcy umysł.
- Wcale nie, pff! –prycha Lou i przykleja drugą parę sztucznych rzęs.
- To może… Pokaz mody? – proponuje Kim.
- Kto za? – pytam.
Wszyscy podnoszą ręce.
- Okej. To możecie skorzystać z wszystkiego, co będzie w szafach, ale błagam, nie zróbcie syfu…
- Tak jest! – Harry salutuje i wszyscy znowu się rozbiegają.
Pędzę po schodach do sypialni Bonnie. Ma tam ona, ukrytą szafę, gdzie ma całkowicie wieśniackie ciuchy. Musi je trzymać w domu, gdyby miała klientkę na miejscu, a nie wiem, czemu ludzie uważają tego typu ciuchy za „ostatni krzyk mody”. Krzyk? Chyba wrzask. Przerażenia i rozpaczy. Otwieram drzwi, a w rzeczach mojej rodzicielki grzebie sobie, Hazza.
- Cześć?
- Hej, N.
Podchodzę do niego i patrzę na ciuchy, które ma zawieszone na rękach. Biorę wszystkie i wrzucam z powrotem do szafy.
- Ja cię ubiorę.
Ten wzrusza tylko ramionami i staje prosto. Wybieram obcisłą złotą sukienkę, której wraz z Bonnie nienawidzimy, ale ustaliłyśmy, że nie będziemy wyrzucać żadnych ciuchów, gdyby była sytuacja jak ta. Harry z coraz większym przerażeniem wertuje wzrokiem ciuchy, które mu podaje. Między innymi seledynowy sweterek o wielgachnych guzikach i wielki kapelusz z piórem (nie mam pojęcia, jaki normalny człowiek by to założył….). Uśmiecham się do niego jak idiotka.
- W takim razie, ja ubiorę ciebie – mówi mój przyjaciel i podaje mi te ohydztwa.
Bez zastanowienia, jakby od dawna czekał na tą chwilę, także wybiera mi ciuchy. Widzę naszyjnik z kwiatków (KLIK), spódnicę do kolan z frędzlami i wyblakłe bolerko (a może to ma być kolor biegunki…?). Wymieniamy się ciuchami. Zakładam wszystko szybciutko i pomagam Harry’emu wcisnąć się w sukienkę. Z trudem dopinamy zamek.
- Nie mogę oddychać… - bełkocze.
- Dasz radę – zakładam mu na głowę kapelusz. Odpuszczam mu sweterek i tak wygląda strasznie.
- Czasami cię nienawidzę – szepcze.
- Wiem, że mnie kochasz.
- Tak kocham cię. I w tym problem – mówi bardzo cicho.
Patrzę się na niego ze zdziwieniem. Uśmiecham się lekko i on także odpowiada uśmiechem. Nasze twarze znacząco zbliżają się do siebie i…
- Idziecie? – pyta Tina, która właśnie weszła do pokoju.
Odrywamy się od siebie błyskawicznie i każde udaje, że coś robi. Ja odkłaczam bolerko, a Harry bawi się piórkiem.
- Tak… Idziemy – szczerzę się do Tiny.
Łapię przyjaciela za rękę i pomagam mu w stawianiu każdego kroku, bo sukienka ogranicza mu ruchy. Śmiejemy się przy tym, udając, że wcześniej nic się nie stało. Na schodach potykam się i wpadam na Louisa ubranego w czerwoną wieczorową sukienkę, którą sama uszyłam. Paraduje w niej jak jakaś dama dworu. Wybucham śmiechem i zaraz dołącza do mnie Harry.
- Masz strasznie zaraźliwy śmiech – bełkocze mój przyjaciel.
Schodzimy na dół i zastajemy wszystkich ubranych w przeróżne stroje. Macy założyła moją sukienkę z balu szkolnego, miętową z tiulu (KLIK). Tiff ubrała jakieś malutkie ubrania, które strzelam, że wygrzebała z szafy Ann. Wciąż nie mogę się przestać śmiać z Louisa, a kiedy ten zabiera Tinie kopertówkę i zaczyna chodzić nieudolnym krokiem modelki, wszyscy się do mnie dołączają.
W końcu leżymy na ziemi i zjadamy chipsy. Czyli jest tak jak mówiłam. Ehh… Wszyscy rzucają ciuchy na kanapę i znowu są w piżamkach. No, przynajmniej dziewczyny.
- Macie jakieś piżamy? – pytam chłopców.
- Jasne. Nie przyszliśmy tu bez niczego, lol – odpowiada Lou.
Chwytają plecaki (których wcześniej nie zauważyłam :C) i rozchodzą się po domu.
- Ale ten Niall jest słodki! – piszczy Macy.
Wszystkie patrzymy się na nią zdziwione. Ona nigdy otwarcie nie mówi o swoich uczuciach, a co dopiero o tych do chłopaka!
- Serio ci się podoba? – pytam z uśmiechem.
- I to jak! Jest taki kochany i miły!
Szczerzymy się wszystkie. Wtedy wracają chłopcy.
Liam ma zwykłą, luźną, białą koszulkę i spodnie dresowe to połowy łydki.
Niall, bluzkę z Yodą i długie portki.
Hazza, czarną koszulkę i spodnie-hawajki.
I… Ekhem… Lou : KLIK

Wszystkie wybuchamy śmiechem widząc jego piżamę. Ten to zawsze musi coś odwalić.
- No co? O co chodzi? – pyta ze zdziwieniem.
- Poważnie? – śmieje się Kim – Hello Kitty?
- A czemu nie? – wzrusza ramionami Lou.
Kiwamy wszystkie głowami. Coś w tym jest. Jednak wystarczy tylko spojrzenie na kolegę w różowym kombinezonie z wiecznie szczęśliwym, jak po marihuanie kotkiem i znowu się śmieję. Wtedy obrywam poduszką. Patrzę z pogardą na Tinę. Ze spokojem podchodzę do niej.
- TO OZNACZA WOJNĘ ŚMIECIU! – drę się na nią i oddaję jej.
Zaczyna się druga już w tym dniu bitwa. Co chwila leję się z Tiną, co przyprawia mnie o straszny ból głowy i mdłości. Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję J
Siadam na ziemi i próbuję medytować, jednak nie sądzę, żebym w takim otoczeniu mogła na tyle oczyścić umysł jak ci faceci co sobie lewitują. A szkoda. Fajnie by było. Wrzasnęłabym „ I TERAZ WAM GŁUPIO, CO?!” i patrzyła na przyjaciół z góry.
Moje marzenia przerywa poduszka Hazzy. Wstaję i zaczynam go bić tym co mam pod ręką, czyli… hmm… dłońmi.
Nagle Louis zaczyna się drzeć .
- NA ZIEMIĘ!
 I wszyscy padają jak kłody. Lou patrzy się na nas z pogardą.
- Pff! Wygrałem!
I wtedy obrywa poduszkami.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pozdrowienia dla 
 i  <3 Są najlepsze <3