Dzisiaj próbowałam kształcić swą wiedzę i zaczerpnęłam
dorobków renesansowej literatury. Postanowiłam przeczytać Romeo i Julię, jednak
te zamiary, stanęły na pierwszej stronie, pierwszej sceny, pierwszego aktu.
Zbyt monotonne.
Na razie nie mam planów. Pewnie jak zawsze wpadnie Harry, potem Tina z wrzaskiem i Liamem wbiegnie do mojego domu. Dzień jak każdy.
Chcę rzucić się na łóżko, jak te mega szczęśliwe dziewczyny w amerykańskich filmach, ale nie przemyślałam faktu iż ich łóżka są duże. Spadam na twarz i pod moją małą pryczą znajduję kilka ciekawych rzeczy. Opakowanie chrupków serowych, kapeć, futerał na telefon, trzy funty i siostrę. Olewam jej wrzaski z prośbą o pomoc bo chyba utknęła i rzucam się na łóżko (tym razem trafiam!). Wyjmuję swój nowy telefon i zaczynam się nim bawić. Nic absolutnie z niego nie rozumiem, bo przez całe swoje życie chodziłam z cegłą, wielkości Central Parku. Zaczynam stukać palcem po ekranie, mając nadzieję, że coś się stanie. Wyskakuje wielki napis ERROR i telefon się wyłącza. Jest mi smutno. Harry mi wszystko wyjaśni.
Schodzę do kuchni. Bonnie wyszła, nawet nie wiem gdzie, więc muszę sama o siebie zadbać. Jak wiadomo podstawą zdrowej diety są owoce i warzywa. Wyciągam z półki opakowanie chipsów ziemniaczanych i powoli konsumuję. Niestety paczka nie była pełna, więc mija chwila, a jedyne co mogę zjeść to okruchy. Lekko przygaszona otwieram szafkę pod zlewem i wyrzucam opakowanie do kosza. Słyszę lekkie „apsik” stamtąd, więc grzecznie odpowiadam „na zdrowie”. Potem jednak zamieram. Czy mój śmietnik właśnie kichnął? Otwieram szafkę. Schylam się, narażając przy tym swój kręgosłup na wieczne męki. W mojej szafce za śmietnikiem spokojnie siedzi sobie Niall.
- No siemanko – mówi.
- Cześć? – odpowiadam zdziwiona.
- Czemu masz taką minę?
HM. NIE WIEM.
- Co tu robisz? – pytam.
- Bawiłem się z Ann w chowanego. Ale chyba o mnie zapomniała.
- Ona utknęła pod moim łóżkiem.
Niall kiwa głową ze zrozumieniem, po czym wychodzi z szafki i wybiega z domu. Patrzę się za nim jak na idiotę i wzruszam ramionami. Okej. Zrozumiałam. Przynajmniej nie siedział tam w przebraniu jelenia…
Rzucam się na kanapę i zamykam oczy. Ostatnio w ogóle nie spałam, jestem padnięta.
Kiedy się budzę nade mną wisi ryba. Dynda sobie na sznureczku. Krzyczę z przerażeniem i słyszę śmiech Tiny.
- No cześć mała. W końcu wstałaś, a my mamy się zabrać za robienie cupcake’ów.
- To już? – przeciągam się.
- Pojutrze ślub. Mama je przetrzyma u siebie w pracy, a ja jutro nie mogę.
- Jak to pojutrze?! Przespałam jeden dzień?!
- Nicki. Mam to naprawdę gdzieś. Ale jeśli teraz nie ruszysz swojego szanownego dupska do mojego domu, poproszę Annabelle, aby ci je skopała.
Zrywam się z łóżka jak poparzona i idziemy do przedpokoju. Szybko wiążę Martensy i wychodzimy. Tina mieszka naprawdę blisko, więc mija minuta i jesteśmy na miejscu. Jej dom jest w kolorze brzoskwiniowym, ma duży ogród i biały płotek dookoła. Ja uważam, że jest śliczny, ale Tina tak czy siak, woli przesiadywać u mnie. Wchodzimy do środka i witam się z Tinową mamą. Sophie jest świetna, ma z moją przyjaciółką świetny kontakt. Pozwala jej robić praktycznie wszystko.
- Widzę, że ty też zrobiłaś sobie te niebieskie końcówki – dotyka moich włosów – Ślicznie wyglądacie.
- Dziękuję – uśmiecham się i idę za krzyczącą Tiną do kuchni. Wszystko jest już przygotowane, na blacie stoją produkty, miski, mikser i radio. Moja przyjaciółka włącza płytę Little Mix i podaje mi przepis. Miesza już w gigantycznej misce wszystkie składniki, a ja macham głową na boki w rytm piosenek.
- Może mi pomożesz śmieciu? – pyta.
- Świetnie dajesz sobie radę langusto.
Ciasto jest już gotowe. Ponieważ mama Tiny jest cukiernikiem, mają w domu mnóstwo foremek na babeczki, więc nie mamy problemu, choć ciasta są tony. Przelewamy je i nawet większość ląduje tam gdzie powinna! Z gracją kury po amputacji nóg wkładamy wszystkie foremki do piekarnika i idziemy na górę do pokoju Tiny. Panuje tu wieczny bałagan. Fioletowe ściany są obklejone licznymi plakatami, na łóżku jest tak samo mnóstwo rzeczy jak na moim, a biurko jest zawalone papierami. Jednak jest tu przytulnie :3
Siadam na wielkiej zielonej pufie, która jest moim stałym miejscem siedzenia, a Tina rzuca się na łóżko. Siedzimy w ciszy, a po chwili każda z nas olewa drugą i wchodzi na Twittera na telefonie. Śmiejemy się co chwila jak zarzynane kozy z autyzmem, po czym znowu następuje chwila ciszy.
- Ile mają się piec te babeczki? – pytam.
- Czterdzieści minut.
Tupię nogami w podłogę i chyba robię coś z paznokciem, bo słyszę śmieszne „pyk” i palec strasznie mnie boli. Robię minę kapucynki, bo jest mi smutno. Tina choć to zauważa ma moje cierpienie w nosie, jak zwykle z resztą. Wstaję z pufy i bez słowa wchodzę do garderoby. Tu jest tak dużo miejsca i mogę poszperać w rzeczach swojej przyjaciółki. Trafiam na jakąś dziwną bluzkę, którą dała jej Annabelle jakoś trzy lata temu, sukienkę, którą uszyłam jej na bal, a nawet na spodnie, które kiedyś oddała jej Bonnie. Ona ma więcej ciuchów od mojej rodziny, niż ja sama. To smutne.
Kiedy Tina wchodzi do garderoby leżę na ziemi zwinięta jak naleśnik w koc, który znalazłam.
- Minęło czterdzieści minut. Idziemy ozdabiać.
Wywijam się z koca jak motyl z poczwarki i zbiegam na dół jak głupia. W pieczeniu nie ma nic fajnego, ale chodzi o ozdabianie! Tina wyciąga z półek i szuflad, przeróżne posypki, lukry, kremy, figurki z czekolady itp.
No to bierzemy się do roboty!
Na razie nie mam planów. Pewnie jak zawsze wpadnie Harry, potem Tina z wrzaskiem i Liamem wbiegnie do mojego domu. Dzień jak każdy.
Chcę rzucić się na łóżko, jak te mega szczęśliwe dziewczyny w amerykańskich filmach, ale nie przemyślałam faktu iż ich łóżka są duże. Spadam na twarz i pod moją małą pryczą znajduję kilka ciekawych rzeczy. Opakowanie chrupków serowych, kapeć, futerał na telefon, trzy funty i siostrę. Olewam jej wrzaski z prośbą o pomoc bo chyba utknęła i rzucam się na łóżko (tym razem trafiam!). Wyjmuję swój nowy telefon i zaczynam się nim bawić. Nic absolutnie z niego nie rozumiem, bo przez całe swoje życie chodziłam z cegłą, wielkości Central Parku. Zaczynam stukać palcem po ekranie, mając nadzieję, że coś się stanie. Wyskakuje wielki napis ERROR i telefon się wyłącza. Jest mi smutno. Harry mi wszystko wyjaśni.
Schodzę do kuchni. Bonnie wyszła, nawet nie wiem gdzie, więc muszę sama o siebie zadbać. Jak wiadomo podstawą zdrowej diety są owoce i warzywa. Wyciągam z półki opakowanie chipsów ziemniaczanych i powoli konsumuję. Niestety paczka nie była pełna, więc mija chwila, a jedyne co mogę zjeść to okruchy. Lekko przygaszona otwieram szafkę pod zlewem i wyrzucam opakowanie do kosza. Słyszę lekkie „apsik” stamtąd, więc grzecznie odpowiadam „na zdrowie”. Potem jednak zamieram. Czy mój śmietnik właśnie kichnął? Otwieram szafkę. Schylam się, narażając przy tym swój kręgosłup na wieczne męki. W mojej szafce za śmietnikiem spokojnie siedzi sobie Niall.
- No siemanko – mówi.
- Cześć? – odpowiadam zdziwiona.
- Czemu masz taką minę?
HM. NIE WIEM.
- Co tu robisz? – pytam.
- Bawiłem się z Ann w chowanego. Ale chyba o mnie zapomniała.
- Ona utknęła pod moim łóżkiem.
Niall kiwa głową ze zrozumieniem, po czym wychodzi z szafki i wybiega z domu. Patrzę się za nim jak na idiotę i wzruszam ramionami. Okej. Zrozumiałam. Przynajmniej nie siedział tam w przebraniu jelenia…
Rzucam się na kanapę i zamykam oczy. Ostatnio w ogóle nie spałam, jestem padnięta.
Kiedy się budzę nade mną wisi ryba. Dynda sobie na sznureczku. Krzyczę z przerażeniem i słyszę śmiech Tiny.
- No cześć mała. W końcu wstałaś, a my mamy się zabrać za robienie cupcake’ów.
- To już? – przeciągam się.
- Pojutrze ślub. Mama je przetrzyma u siebie w pracy, a ja jutro nie mogę.
- Jak to pojutrze?! Przespałam jeden dzień?!
- Nicki. Mam to naprawdę gdzieś. Ale jeśli teraz nie ruszysz swojego szanownego dupska do mojego domu, poproszę Annabelle, aby ci je skopała.
Zrywam się z łóżka jak poparzona i idziemy do przedpokoju. Szybko wiążę Martensy i wychodzimy. Tina mieszka naprawdę blisko, więc mija minuta i jesteśmy na miejscu. Jej dom jest w kolorze brzoskwiniowym, ma duży ogród i biały płotek dookoła. Ja uważam, że jest śliczny, ale Tina tak czy siak, woli przesiadywać u mnie. Wchodzimy do środka i witam się z Tinową mamą. Sophie jest świetna, ma z moją przyjaciółką świetny kontakt. Pozwala jej robić praktycznie wszystko.
- Widzę, że ty też zrobiłaś sobie te niebieskie końcówki – dotyka moich włosów – Ślicznie wyglądacie.
- Dziękuję – uśmiecham się i idę za krzyczącą Tiną do kuchni. Wszystko jest już przygotowane, na blacie stoją produkty, miski, mikser i radio. Moja przyjaciółka włącza płytę Little Mix i podaje mi przepis. Miesza już w gigantycznej misce wszystkie składniki, a ja macham głową na boki w rytm piosenek.
- Może mi pomożesz śmieciu? – pyta.
- Świetnie dajesz sobie radę langusto.
Ciasto jest już gotowe. Ponieważ mama Tiny jest cukiernikiem, mają w domu mnóstwo foremek na babeczki, więc nie mamy problemu, choć ciasta są tony. Przelewamy je i nawet większość ląduje tam gdzie powinna! Z gracją kury po amputacji nóg wkładamy wszystkie foremki do piekarnika i idziemy na górę do pokoju Tiny. Panuje tu wieczny bałagan. Fioletowe ściany są obklejone licznymi plakatami, na łóżku jest tak samo mnóstwo rzeczy jak na moim, a biurko jest zawalone papierami. Jednak jest tu przytulnie :3
Siadam na wielkiej zielonej pufie, która jest moim stałym miejscem siedzenia, a Tina rzuca się na łóżko. Siedzimy w ciszy, a po chwili każda z nas olewa drugą i wchodzi na Twittera na telefonie. Śmiejemy się co chwila jak zarzynane kozy z autyzmem, po czym znowu następuje chwila ciszy.
- Ile mają się piec te babeczki? – pytam.
- Czterdzieści minut.
Tupię nogami w podłogę i chyba robię coś z paznokciem, bo słyszę śmieszne „pyk” i palec strasznie mnie boli. Robię minę kapucynki, bo jest mi smutno. Tina choć to zauważa ma moje cierpienie w nosie, jak zwykle z resztą. Wstaję z pufy i bez słowa wchodzę do garderoby. Tu jest tak dużo miejsca i mogę poszperać w rzeczach swojej przyjaciółki. Trafiam na jakąś dziwną bluzkę, którą dała jej Annabelle jakoś trzy lata temu, sukienkę, którą uszyłam jej na bal, a nawet na spodnie, które kiedyś oddała jej Bonnie. Ona ma więcej ciuchów od mojej rodziny, niż ja sama. To smutne.
Kiedy Tina wchodzi do garderoby leżę na ziemi zwinięta jak naleśnik w koc, który znalazłam.
- Minęło czterdzieści minut. Idziemy ozdabiać.
Wywijam się z koca jak motyl z poczwarki i zbiegam na dół jak głupia. W pieczeniu nie ma nic fajnego, ale chodzi o ozdabianie! Tina wyciąga z półek i szuflad, przeróżne posypki, lukry, kremy, figurki z czekolady itp.
No to bierzemy się do roboty!
Kiedy następny ? :3
OdpowiedzUsuńEjjj, kocham to <3
OdpowiedzUsuńŚwietny blog :D Pisz dalej.
OdpowiedzUsuńA i jeśli byłabyś chętna wpadnij na mojego bloga http://larrylovediary.blogspot.com/
Jest to mój 1 blog więc nie jest on perfekcyjny ale może jednak coś się spodoba.