wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział XXII


- To ja wam nie przeszkadzam – mówi Niall, obezwładnia Ann i biorąc ją na ręce idzie na górę.
Wskazuję Hazzie miejsce na kanapie, sama siadam na fotelu. Patrzymy się na siebie przez chwilę milcząc, aż ja z lekkim zawstydzeniem spuszczam głowę.
- Słyszałam, że byłaś… No wiesz… Jak zobaczyłaś mnie i Stephanie…
Zaciskam oczy. Czy to się dzieje naprawdę?! Czy właśnie ja i Harry, mój najlepszy przyjaciel od szkolnej ławki, rozmawiamy o tym, jak źle się czułam widząc go z moją przyjaciółką?! Po co człowiek dorasta? To stwarza takie problemy, że aż chce się wrócić do podstawówki.
Nic nie mówię. Strasznie mi wstyd.
- Nicki, proszę. Bardzo mi na tobie zależy i chciałbym znać twoją wersję.
Podnoszę głowę i widzę, że Harry klęczy przed fotelem patrząc się na mnie ze smutkiem. Mam ochotę się rozpłakać.
- Harry... Ja… - nie kończę, bo wtedy do domu wpada Tina w przebraniu jelenia ze sztucznym afro na głowie, śpiewając jakieś harcerskie piosenki. Za rękę trzyma Liama ubranego dokładnie tak samo. To przerażające.
W moim domu, w moim azylu, moim sanktuarium, mojej świątyni, tańczą dwa jelenie z afro.
- Tina… Tina. TINA! – drę się w końcu, aż moja przyjaciółka patrzy na mnie ze spokojem.
- O jezu… Harry. Nie sądziłam, że tu będziesz.
- A czemu… czemu jesteście jeleniami? – pyta Hazza z przerażeniem.
- Mieliśmy nadzieję, że to rozśmieszy Nicki.
TAK. DLATEGO WBILI MI DO DOMU BEZ ZAPOWIEDZI, WYGLĄDAJĄC JAK BYDŁO ROGATE, CZY CO TAM.
- Dlatego wbiliście jej do domu bez zapowiedzi, wyglądając jak bydło rogate, czy co tam? – pyta mój przyjaciel.
Patrzę się na niego ze zdziwieniem. Nie no, TO już jest straszne. Niech sobie wie co czuję, zna moje wszystkie ulubione rzeczy, ale jak już myśli to co ja, DOKŁADNIE TO CO JA, to to mnie przeraża.
- Czemu nie? Jelenie są fajne – tłumaczy się Liam.
- No. I mają fajne ogony – dodaje Tina.
Wiem, że moja przyjaciółka jest dziwna, czasami straszna i w ogóle. Ale po co odwróciła się tyłem i zaczęła machać tyłkiem jak dziewięćdziesięcioletnia tancerka hula z bolącym krzyżem i Alzheimerem, pokazując mi przy tym swój dyndający z tyłu przebrania kikut? No bez przesady.
- Hm. Tina, bo my… chcieliśmy… a wy… - mówię.
- Aaaa! Okej! Już lecimy! – ta w końcu zaczyna rozumieć. Bierze chłopaka za rękę i rycząc jak jelenie wybiegają z domu.
Patrzymy się na siebie z Harrym, po czym wybuchamy śmiechem.
- Co to było?! – tarza się na ziemi mój przyjaciel.
- Nie mam nawet bladego pojęcia! – dostaję skurczu kiszki.
Chichramy się tak jeszcze przez trochę, po czym wraca do nas nasz naturalny styl i ze stoickim spokojem siadamy na kanapie.
- No więc… Dokończ – mówi Hazza.
- Ale co?- pytam.
- Rozmawialiśmy o sensie istnienia – mówi z ironią mój przyjaciel.
- No wiesz. Człowiek istnieje po to żeby sadzić rośliny. I one wytwarzają tlen i… są pożywieniem. I jak człowiek jest głodny to je je. I hoduje zwierzęta. Krówki i takie tam. Czasami ma też koty, tak jak ty, chociaż nie rozumiem, co w nich fajnego. Psy są o wiele lepsze! Za to nigdy nie rozumiałam hipopotamów. Wiesz, że jak one się boją to pierdzą? No idioci jacyś. Chodzą sobie prezentując wielki szanowny tyłek i myślą, że są jakąś Kim Kardaschian i że na nich to fajnie wygląda. Mylą się waleńce. Zawsze byłam totalnie zauroczona w leniwcach. Stanowią zwierzęcą wersję mnie. Niesamowite. A ty chyba byłbyś wielbłądem – patrzę na przyjaciela dumna po swoim wielkim przemówieniu, a ten wali głową w brzeg kanapy.
- Żartujesz sobie? – patrzy na mnie jak na idiotkę.
- Wolałbyś być pandą?
Harry uderza ręką w czoło, robiąc głośny plask i krzywiąc się z bólu, ale tak delikatnie, że niby go to nie bolało.
- Nicki… Czy ty jesteś idiotką?
- Bonnie czasami mnie tak nazywa. I ty. I Tina. I Ann. A ma siedem lat…
- Dobra! Skończysz to, co mówiłaś o… mnie i Stephanie?
Biorę głęboki oddech. Teraz wszystko się wyda. Teraz. I zaczynam.
- No bo…
- No bo…?
- Pamiętasz naszą rocznicę poznania się? Jak zabrałeś mnie do tych wszystkich wspaniałych miejsc i dałeś ten felerny tort?
- No tak. I…?
- I potem jak wróciłam do domu… Ja leżałam na łóżku Bonnie i myślałam.
-Gratuluję – mówi, a ja daję mu kuksańca.
- I myśląc, doszłam do wniosku, że…
- POWIEDZ COŚ RAZ A PORZĄDNIE. JEZU NICKI MÓW, JESTEM TWOIM NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM!
- ŻE JESTEM W TOBIE ZAKOCHANA OKEJ?! – drę się na niego, po czym spuszczam głowę.
Znowu zaciskam oczy i czekana jakąkolwiek reakcję. Przez chwilę siedzimy w ciszy, a mi chce się płakać, bo chyba właśnie popełniłam swój życiowy błąd. Wtedy jednak Harry z całej siły mnie ściska. Nie rozumiem, co się dzieje, ale także go przytulam.
- Nicki, ja chciałem ci powiedzieć to już dawno temu… Ale nie miałem odwagi – przyjaciel szepcze mi do ucha.
- Ale… Ja… A co ze Stephanie? – pytam zdezorientowana.
- Ona mi powiedziała, że ty jesteś zakochana w Niallu. A potem zaproponowała, żebyśmy się pocałowali żeby sprawdzić czy coś z tego wyjdzie. Nicki… Ja byłem załamany… Nie mam pojęcia, czemu się zgodziłem, jestem idiotą.
- Nie mów tak… - szepczę.
- Ale to prawda! – Harry mnie puszcza – Zamiast zebrać się na odwagę i wyznać ci co czuję, ja czekałem! Jestem… - zamykam mu usta pocałunkiem.
Pierwszy raz poczułam coś takiego. To są te fajerwerki w brzuchu! To takie miłe uczucie, aż zaczynam się śmiać, odrywam się od Harry’ego i kładę na kanapie.
- Co się stało? – pyta.
- Świetne uczucie.
Harry kładzie się obok mnie na kanapie i mnie ściska.
- Czyli teraz jesteśmy tak jakby parą? – szepcze mi do ucha.
- Tak jakby chyba tak – uśmiecham się.
Wtedy za naszymi plecami słyszymy okrzyk radości. Stoi tam Niall z naburmuszoną Ann na rękach.
- Wygrałem! Jesteś mi winna dychę! – krzyczy do mojej siostry.
- O co się założyliście? – pytam.
- Ja mówiłem, że zostaniecie parą. Ona, że Harry ucieknie.
Moja kochana siostrzyczka.
Ale teraz mam Hazzę.
Wspaniałe uczucie.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Miało być suodko.
Jak wyszło, się okaże.
Dzięki wielki za 730 wyświetleń, jesteście wielcy :*
Pozdrawiam Julkę, którą poznałam na spotkaniu fanów książek, i która jest directionerką ;3

czwartek, 18 kwietnia 2013

Rozdział XXI (dużo kupki)


Po tym jak moja siostra zaczęła męczyć Nialla, humor trochę mi się poprawił, jednak nie na tyle by wyjść z domu. A jest taka ładna pogoda. Nawet świeci słońce, a to coś nowego. Wiem, że muszę pogadać z Harrym, wyjaśnić całą sytuację, ale… jeszcze nie teraz.
Tina dzwoniła kilka razy, ale nie odebrałam, nie chciałam. Wolałam patrzeć jak Ann ujeżdża Nialla. I choć powinnam mu pomóc, znalazłam nawet uzdę (nie mam bladego pojęcia, co robiła w moim domu, biorąc pod uwagę, że moja jedyna styczność z koniem, miała miejsce, kiedy byłam pięcioletnią dziewczynką i spadałam z wielkiego konia wyścigowego mojej ciotki) i pomogłam siostrze ubrać w nią kolegę. Ten patrzył z przerażeniem jak jakaś śmieszna metalowa rurka została perfidnie wepchnięta mu pod język, a całość zarzucona mu na szyję, bo wypadała mu twarz (fajnie to brzmi). Zainterweniowałam dopiero, gdy mała przyszła z ogonkiem osła, który przypina się szpilką do pinaty, czy innego czego. NO, ALE NIE DO CZŁOWIEKA, NO JA PROSZĘ. Kocham moją siostrę, chociaż jest rozwydrzonym, wstrętnym, śmierdzącym, małym, bezlitosnym, fałszywym tyranem z brązowym pasem teakwondo i arsenałem gadżetów szpiegowskich. Ale to moja malutka siostrzyczka!
Niall w końcu objął ją rękami z całej siły, przewiesił sobie przez ramię, jak worek, pobiegł na górę i chyba zamknął ją w pokoju, bo nic (czytaj: Annabelle) za nim nie przybiegło. Walnął się do mnie na kanapę i patrzy wzrokiem typu „DLACZEGO NIE POMOGŁAŚ KIEDY TWOJA SATANISTYCZNA SIOSTRA WYCISKAŁA ZE MNIE SIÓDME POTY?!”, a ja tylko wzruszam ramionami. Nie żeby coś, ale ja sama się jej boję. A ona ma siedem, SIEDEM lat.
Włączam telewizor, aby robić coś, w czym zaczynam poważnie widzieć swoją przyszłość. Będę zawodowo oglądać bajki dla dzieci. No bo skoro są testerzy czekolady, albo foteli masujących, to czemu nie ma bajek? Będę miała swoją własną firmę, którą nazwę Nicki S.A. I Reklamę! „Chcesz stworzyć nową bajkę? Nie wiesz, czy jest dobra? Zgłoś się do nas! My rozwiążemy twój problem! Nicki, specjalista od spraw bajek dla dzieci, z wielką chęcią przetestuje twoją twórczość! Zadzwoń już teraz! *jakiś dżingielek reklamowy*” I będę sławną bizneswoman, która podróżuje po świecie! Marzenia przerywa mi dźwięk łamanych drzwi (mając siostrę taką jak moja, zna się go bardzo dobrze) i na dół zbiega smutna Annabelle.
- Nicki, muszę kupę.
Ehh… I chyba to na razie będzie moja przyszłość.
Żegnajcie marzenia!
Witaj kupko siostry.
Wtedy jednak do domu wchodzi Harry.
- Cóż to za żargon się pytam? – pyta Annabelle.
Niall patrzy na mnie, a ja tylko kręcę głową z rezygnacją.
- Nicki możemy porozmawiać? – zwraca się do mnie Hazza.
- Jasne. Ale teraz muszę pomóc siostrze się wypróżnić.
Wstaję, biorę Ann na ręce i biegnę z nią do łazienki. Stawiam ją na ziemi i zamykam drzwi od środka.
- Rób co masz robić. Długo – rozkazuję i odwracam się.
Słyszę jak siostra zdejmuje portki i siada na sedesie. Matki zawsze się chwalą, że ich dzieci to puściły bączka!, czego nigdy nie zrozumiem. Hm.. Kupka, Ann wali jak zdechły kot polany sosem z zarżniętej makreli. Postanawiam skupiać się na pozytywach.
Nie ma żadnych.
No chyba, że zaletą jest to, że jej kupa robi śmieszne „plum”.
Odór dostaje mi się do oczu i te zaczynają lekko łzawić.
- Jezusie boski, czemu? – pytam się sufitu.
Biorę z pralki klamerkę do bielizny i zatykam nią nos. To nic nie daje. A w filmach zawsze działa. Tylko boli mnie kinol.
Ał.
Postanawiam zająć się czymś, co dziewczyny w łazience lubią najbardziej, czyli…
Nie, nie malowanie.
CZYTANIE ETYKIETEK PO KOSMETYKACH!
Taka pianka do włosów. Zawiera jakiś przeklęty Polyaminopropyl. To straszne. Co by było gdyby on żył? Wyobrażacie sobie? „Polyaminopropyl obiad!” „Polyaminopropyl umówisz się ze mną?” Nie łatwiej było go nazwać… Hm… Bob? Nie! Musi być Polyaminopropyl. Ta nazwa… Ona tak do mnie przemawia! Czuję ją całą sobą! (nie, raczej nie)
Albo Salicylate. Dziewczęca nazwa. Więc byłaby żoną Polyaminopropyla. „Polyaminopropyl+Salicylate=LOVE FOREVER AND EVER.
W czasie rozmyślania jak nazywałyby się ich dzieci(polyaminopropylątka?), zauważam, że Ann stoi obok mnie, więc siedzę w tym fetorze, choć wcale nie muszę.
Ze złością wychodzę z łazienki i słyszę jak chłopcy się kłócą.
- To ją zabolało wiesz? – mówi Niall.
- Myślisz, że ja tego chciałem?! – drze się Harry.
- No raczej tak!
- A z resztą, co jej do tego?
- Pogadasz z nią to się dowiesz.
Cisza.
Wącham swoją rękę i czuję, że przesiąkłam odorem kupki. Spuszczam głowę w dół i ze zniszczoną dumą i brakiem czasu na prysznic wchodzę do salonu.
Jestem gotowa na rozmowę z Harrym.
Chyba, że międzyczasie ucieknie.
Naprawdę śmierdzę…

------------------------------------------------------------------------------------------

Dzisiaj kupkowo-toaletowo-chemiczny rozdział ;-;
Pozdrawiam wszystkich czytających, a w szczególności Annalenę, bo się kobita chyba uzależniła od mojego blogaska (taki żargonik).
Memento Mori! <3
Wasza,
Shizz.

Rozdział XX


Łzy ciekną mi po policzkach i jedyne, co czuję to jak ramiona Nialla mocno mnie ściskają. Jednak tym razem to nie pomaga. Płaczę coraz mocniej, aż w pewnym momencie upadam na kolana i wciąż ryczę.
Nie mogę w to uwierzyć…
Mój Harry…
Ze Stephanie…
A ona mówiła, że sobie odpuści…
Niall siada obok mnie.
- Dlatego nie chciałem ci mówić…
- Lepiej znać prawdę – łkam – Nawet, jeśli jest bolesna.
Kolega mocno mnie przytula, a ja wciskam głowę w jego ramię. Moczę mu cały rękaw. Ten głaszcze mnie po włosach bez słowa. Dobrze wie, że nie znoszę tych pustych zapewnień, że wszystko będzie w porządku. I tak nie będzie.
W końcu zbieram się na nogi i wycieram oczy ostatni raz. Przeczesuję grzywkę palcami, odgarniając ją do góry i patrzę się na Nialla.
- Idziemy? – pytam.
- Dasz radę?
- Chyba nie będziesz mnie niósł – uśmiecham się lekko.
No, ale cóż. To jest Niall. W jednej chwili stoimy obok siebie bez słowa, a w drugiej zwisam z jego ramienia. Śmieję się.
Piękne uczucie.


- ŻE CO? – drze się Tina – JA JUŻ MU USZY POWYRYWAM. I WSZYSTKO. RĘCE, NOGI, NIECH CIERPI LANGUSTA.
Od razu po powrocie do domu zadzwoniłam do niej. Siedzę teraz w wannie Bonnie, a ona chodzi zdenerwowana po łazience.
- ZABIJĘ GO. NIE ŻARTUJĘ, ZABIJĘ GNOJA.
- Uspokój się… - szepcę.
- JA MAM SIĘ USPOKOIĆ?! JA JESTEM CHOLERNIE SPOKOJNA! JESTEM CZYSTYM SPOKOJEM! GDYBYM CHCIAŁA MOGŁABYM LEWITOWAĆ JAK CI ŁYSI FACECI CO ROBIĄ „OMMM”!
- Tina…
- JAK ON MÓGŁ TO ZROBIĆ?! ZE STEPHANIE! TĄ MAŁĄ PARSZYWĄ PRUKWĄ Z BOTOKSEM W RYJU!
- Tina…?
- NIENAWIDZĘ JEJ. PRZYJACIÓŁKA KURDE ZA DYCHĘ. A NIECH SIĘ FLĄDRA WALI!
- TINA!- wrzeszczę w końcu.
- Tak? – pyta moja przyjaciółka.
- Uspokój się.
Tina siada na brzegu wanny i patrzy na mnie ze smutkiem.
- Jak się z tym czujesz?
- Strasznie. To niby moja wina, że mu nie powiedziałam, ale… Tak strasznie go teraz nie znoszę – opieram głowę o kolana.
- Nic dziwnego… Poprosić Liama, żeby z nim pogadał?
- Nie. To bardziej sprawa między nami… Sama muszę to załatwić.
Przyjaciółka wpada do wanny i mocno mnie przytula. Cieszę się, że ją mam.
- To kiedy z nim pogadasz? – pyta.
- Jak tylko się uspokoję, odczerwienię na twarzy i będę gotowa. Być może jeszcze dzisiaj.
- To ja zostawię cię samą. Wiem, że każdy tego potrzebuje, a ja, jako twoja najlepsza przyjaciółka muszę znać twoje potrzeby i…
- Umówiłaś się z Liamem prawda? – pytam.
- Tak –Tina się szczerzy, wychodzi z wanny, macha mi i wybiega z łazienki.
Siedzę tu jeszcze trochę, ale zaraz wychodzę i idę do kuchni. Jak człowiek ma doła potrzebuje czekolady. Grzebię w szafkach, aż znajduję całą tabliczkę. Kawowa. Może być. Robię sobie jeszcze na szybko kakao, dorzucam do kubka pianki i z całym asortymentem idę do salonu. Siadam na kanapie, przykrywam się kocem i popijając kakałko, oglądam te durne bajki, co zwykle. Jakoś od niedawna tylko one mnie pocieszają. Pakuję sobie do buzi kilka kostek czekolady i czekam aż całość rozpuści się na maź o obrzydliwej konsystencji. Oczywiście nie mogło zabraknąć ubrudzenia się nią. Brawo Nicki! Uwal się cała czekoladą, ciesz się, że chociaż coś zjadłaś.
Tak samo robię z całą resztą czekolady i kiedy w opakowaniu nie ma nawet kosteczki, kładę głowę na poduszce. Mija chwila i otwierają się drzwi wejściowe. Tak jak podejrzewałam, to Niall, który poszedł do domu po swoje rzeczy. Patrzy na mnie z litością.
- Co jest Niallerku?
- Jak się czujesz? – pyta.
- Jak wrak człowieka- uśmiecham się pusto.
- Przyniosłem colę waniliową i kwaśne żelki. Chce… - nie kończy, bo skacze na niego Ann ujeżdżająca moją biedną Pear.
- Cześć kolego – mówi ten siedmioletni potwór na grzbiecie śliniącego się psa.
- Cześć mała – z przerażeniem w głosie odpowiada Niall.
- JA NIE JESTEM MAŁA! – Ann staje na plecach Pear i wskakuje z nich na Nialla, niczym latająca wiewiórka ze wścieklizną.
- Pomóż! – piszczy mój koleżka.
A ja się tylko śmieję jak idiotka.
Po co ci ludzie przychodzą do mojego domu?
I to z własnej woli?
Haha.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Rozdział XIX


Po dziesięciu minutach dałam radę odwiązać Nialla (moja siostra jest harcerką i jej węzły są… hmm… świetne). Po Ann przyjechała mama jej koleżanki z czterema siedmioletnimi dziewczynkami w aucie. Biedna kobieta. Życzyłam jej szczęścia, a ta wzięła głęboki oddech i zaczęła jechać. Przejechała jakieś dziesięć metrów i o mało co nie walnęła w drzewo. Pewnie moja siostrzyczka zaczęła śpiewać, albo trenować, teakwondo.
Idziemy teraz z Niallem przed siebie, nie mając pojęcia gdzie właściwie dojdziemy. Dawno nie byłam w tej okolicy, więc orientację zgubiłam, hmm, dawno. Ale mój towarzysz wygląda jakby wiedział gdzie dokładnie idzie, więc postanowiłam mu zaufać.

Dochodzimy do centrum. Normalna droga zajęłaby nam jakieś, dziesięć minut, ale Niall wybrał godzinną trasę. Zatrzymuję się przy Starbucksie i bez słowa wchodzę. Kolega chyba nawet tego nie zauważył, bo wciąż idzie przed siebie. Kupuję bezkofeinowe cappuccino karmelowe razy dwa i go doganiam. Ten jest tak zajęty opowiadaniem jakiejś niesamowitej inaczej historii, że chyba serio nie zobaczył mojej nieobecności. Popijam sobie kawkę i olewam to co mówi. Ten patrzy na mnie ze zdziwieniem, potem na kawę, znów na mnie, na kawę… Zabiera mi jeden kubek, po czym kontynuuje historię. Idziemy w stronę centrum handlowego. Cieszę się, że wzięłam portfel, w którym mam wszystkie oszczędności z pilnowania Annabelle. Bonnie mi płaciła, bo czasami miała jej dość. Więc ja zamykałam ją w pokoju na kilka godzin z misiem a za to dostawałam pieniądze. Postanawiam kupić sobie coś ładnego. Ale wygodnego. I w przyzwoitej cenie. Po krótkim namyśle, rozumiem, że NIC takiego nie znajdę, więc pójdę tylko do herbaciarni, bo mieli dodać jakiś nowy smak. Huhu.
Niall zakłada ciemne okulary i czapkę z daszkiem, które nie mam bladego pojęcia skąd wziął. MAGIK JAKIŚ. Ale tak szczerze się mu nie dziwię.  Wchodzimy do centrum bez żadnego spojrzenia pełnego miłości, zdziwienia czy innego czego. To taka miła odmiana. Nie żebym była sławna, ale zawsze jak jestem, z którymś z kolegów, no to… no nie jest miło…
Wchodzę do pierwszego lepszego sklepu, gdzie są meeega drogie  ubrania i biorę kilka tych najdroższych, a zarazem najbrzydszych. Idę do przymierzalni i ledwo wciskam się w sukienkę ze sztucznego futra i kapelusz z dwumetrowym rondem. Szeptem wołam Nialla, a ten przychodzi w marynarce w zebrę. Wybucham śmiechem i pokazuję swój strój. Znowu się śmiejemy, a ja w przymierzalni szybko przebieram się w swoje ciuchy. Widzę jak ochroniarz patrzy na nas spod byka, więc chichocząc jak idioci wybiegamy ze sklepu. Wtedy podbiega do nas jakaś na oko czternastoletnia dziewczynka. Zadaje mnóstwo pytań, ale rozumiem tylko czy może sobie zrobić z nami zdjęcie. Z NAMI. Nie z Niallem. Czuję się jak jakaś mega gwiazda. Dziewczyna staje między nami i uśmiecha się szeroko, a jakaś kobieta robi nam zdjęcie. Młoda piszczy i mocno nas przytula, po czym odbiega. Patrzę się na nią ze zdziwieniem.
- To takie… - zaczynam.
- Fajne?
- Całkiem, a zarazem lekko przerażające – uśmiecham się.
Idziemy do sklepu z biżuterią. Oczywiście następny, przy którym mogę udawać, że na coś mnie stać. Nie wchodzę do środka, bo zaraz naskoczy na mnie jakaś elegancko ubrana kobieta, ze sznurem, białych jak śnieg zębów i idealnym kokiem na głowie i się spyta, czy w czymś pomóc. A ja wtedy powiem „Nie, mam tylko (tu wstaw bardzo małą liczbę) funtów” po czym będę miała wrażenie, jak wszyscy klienci patrzą się na mnie jak na wariatkę. Więc podziękuję. Stoję przy witrynie i patrzę na zegarki, bransoletki i kolczyki, które zawsze mi się marzyły. W pewnym momencie wybucham śmiechem na myśl, jaka głupia byłam. Przecież to wszystko jest takie wstrętne! Tylko wsadzą tam mikroskopijny świecący kamyczek i już! Biżuteria droższa o kilka tysięcy funtów. Haha. Jeju, jakie to wszystko jest szkaradne. Haha.
Widzę, że Niall sobie poszedł, więc szybko go doganiam. Ten wygląda na lekko zdenerwowanego, ale ignoruję to.
- Gdzie idziemy?
- Nie wiem zaproponuj coś –mruczy ledwo słyszalnie.
- Poszłabym do herbaciarni.
- Tylko nie tam… - jęczy.
- Co jest?
Niall milczy.
- Niall?
Cisza.
- HEJ LUDZIE, PATRZCIE! TO NIALL HORAN Z ONE… - nie kończę, bo kolega zakrywa mi usta dłonią.
- Chcesz wiedzieć? – pyta cicho.
- Tak!
Bierze mnie za rękę i ciągnie gdzieś. Zatrzymujemy się przed herbaciarnią, tą do której zawsze chodzę z Harrym.
- Widzisz? – pyta Niall.
Na początku nie wiem o co mu chodzi, ale kiedy się przyglądam zauważam burzę loków. Harry!, myślę i uśmiecham się mimowolnie. Wtedy jednak zauważam, że ten wcale nie jest sam. Jest z dziewczyną. Co więcej, całują się.
Czuję jak łza cieknie mi po policzku, gdy odrywają się od siebie.
Patrzę na jej twarz.
Jest piękna.
Stephanie.

------------------------------------------------------------------------------------------

Smutne? ;_;
Nie bardzo..
Ale mam słaby humor, bo jak wiecie jedna z directionerek popełniła samobójstwo, przez hejty skierowane w jej stronę bo lubiła 1D.. Biedna dziewczyna, pisała, że jedyne wsparcie ma w ludziach z Twittera.
Dla nas żyjesz wiecznie Danielle.
Kochamy cię siostro.
[*]
Jedna dziewczyna wpadła na pomysł, że żeby uczcić jej pamięć jutro na ubrania przyklejamy czerwone lub różowe serduszko. Zrobię to.

środa, 10 kwietnia 2013

Rozdział XVIII


Gotuję.
Ja.
W kuchni.
Jedzenie.
Ja.
JA!!!!
Niall kazał mi sobie gotować. Waleniec jeden. Więc zrobiłam mu naleśniki, sałatkę owocową i gofry. TO jedyne rzeczy, które umiem przyrządzić i są jadalne. Niall na pewno będzie narzekał, że nie smakuje jak w Nandos, ale mam to w nosie. Ma zjeść wszystko! I jeszcze pochwalić!
- Nicki, twoja siostra tnie dywan- szepce Niall wskazując gdzieś za mnie.
- Tak, kiedyś pocięła wszystkie firanki, obrusy i prześcieradła, jak zniknie jeden dywan nic się nie stanie.
Niall wzrusza ramionami i zabiera się za jedzenie sałatki owocowej. No cóż, w moim przypadku sałatka owocowa składa się z tego, co miałam, czyli… z ogórków, marchewek i jabłek. Ale chyba mu smakuje. Przynajmniej nie wymiotuję, a to już połowa sukcesu. Zauważam Pear, która smętnie podchodzi do swojej miski.
- Co pieseczku? Chcesz amciu? – ta w odpowiedzi puszcza bąka, więc odbieram to, jako „tak”. Wyjmuję z szafki jej suche jedzenie i wsypuję miarkę do miski. Nigdy nie zapomnę jak Ann myślała, że to płatki i wymiotowała przez trzy dni. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Serio. A jak zwymiotowała na ulubione buty Bonnie padłam na ziemię w wielkim spazmie i rechotałam jak jakaś wściekła wiewiórka.
Wtedy Niallowi dzwoni telefon.
- Halo?... Nie mogę… Jestem u Nicki… Tak… No bo ty uciekłeś!... Okej… Pa.
- Harry? – pytam.
Niall kiwa głową.
- Pójdziemy na miasto?
- Okej. O której? – aprobuję jego pomysł.
- Tak mniej więcej za godzinę?
- Dobra. Zdążę wszystko zrobić.
Od razu biorę się do roboty. Muszę się przebrać, uczesać Ann, bo idzie na piknik do koleżanki, wybrać jej ubranka, zrobić jej coś do picia na drogę. Tia.
Szybko biegnę na górę i wbijam do pokoju siostrzyczki jak jakiś dziki dzikus. Mała siedzi przy szafie na kolankach i płacze.
- Co się stało? – siadam obok niej.
- Moja bluzeczka się porwała – łka.
Dzieci to mają problemy.
- Daj- zabieram jej coś o wyglądzie różowej szmaty i idę do pokoju. Włączam maszynę do szycia, która zawsze jest przygotowana na moim biurku i biorę się do zszycia dziury. Idzie szybko, bo nie jest taka duża. Podnoszę swoje dzieło na wysokości oczu i dumna z siebie wracam do pokoju siostry. Rzucam w nią bluzeczką, a ta aż spada na plecy. Śmieję się jak głupia dopóki nie dostaję kapciem. Robię pięć głębokich oddechów i znów siadam obok Ann.
- Co chcesz założyć?
- Tą bluzkę – wskazuję na zszytą przeze mnie szmatkę – fioletowe spodenki i pantofelki.
Wyjmuję z szafy wszystkie wybrane przez nią ubrania (wszystkie są szkaradne i o kolorze pofarbowanego pudla) i podaję jej. Mała zrzuca z siebie ubrania, a ja krzywię się lekko i odwracam wzrok. Kiedy znów na nią patrzę jest już ubrana i choć ciuchy były wstrętne, ona sama wygląda w nich jak aniołek. A długie, falowane blond włosy i wielkie niebieskie oczy, jeszcze jej w tym pomagają.
- Uczesać cię? – pytam.
- Tak! W warkoczyki!
Krzywię się lekko, bo miałam nadzieję, ze powie „Nie!”, albo „Tak, w kucyka” bo to jedyna fryzura, do której mam cierpliwość. Podchodzę do jej biurka i biorę dwie wielkie różowe gumki i zakładam je na ręce. Staję za nią i zaczynam ją czesać.
- O której mam cię odebrać? – zagaduję.
- Jutro. Zostaję na noc, mówiłam ci.
Więc do mojej listy dochodzi jeszcze spakowanie jej, bo nie ufam swojej siostrze. Raz do kolegi wzięła maszynkę do golenia i zgoliła mu wszystkie włosy na głowie.
Dumna wiążę drugiego warkoczyka i stwierdzam, że nie wyszły chyba takie złe.
- Idź poproś Nialla, żeby zrobił ci sok – mówię i wypycham ją z pokoju.
Do jej różowego plecaczka (też kiedyś lubiłam ten kolor, no ale bez przesady!) pakuję bluzkę z misiem, jeansy i bieliznę na jutro. Idę do łazienki i dorzucam szczoteczkę do zębów i szczotkę do włosów. Wchodzę do swojego pokoju i postanawiam być przemiłą siostrą. Ze swojej tajemnej skrytki (o której wie każdy, tak na marginesie) wyjmuję opakowanie żelków, pastylek miętowych i krakersów Ritz i wkładam jej do tobołka. Schodzę na dół, skąd słyszę piski i wrzaski Nialla.
Okazuje się, że moja pełna uroku siostrzyczka wskoczyła mu na plecy, kiedy ten robił jej sok. Ignoruję to i podchodzę do sokowirówki, by go dokończyć. Swoje dzieło wlewam do plastikowego bidonu z Barbie i także wkładam go do plecaka. Podaję go siostrze.
- Kiedy przyjedzie mama Rachel?
- Niedługo! – zapewnia mała.
- Niall idę się przebrać, przypilnuj Ann, dobrze? Dzięki! – mówię i wybiegam z kuchni.
- NIE JESTEM PEWIEN! – słyszę wrzask kolegi, ale zaraz przestaje. Pewnie stracił przytomność, czy coś w tym guście. Wchodzę do pokoju i zamykam się od środka. Z szafy wyjmuję za duży T-shirt i czarne spodnie. Szybko się przebieram i schodzę na dół. Niall jest przywiązany do krzesła i ma jabłko w buzi. Bełkocze coś. Chyba chodzi mu o „ratuj”.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czwarty rozdział wrzucony dzisiaj ;_;
Nie miałam internetu przez dwa dni i tylko pisałam, nic więcej .
Na razie koniec tego spamiku, może jeszcze coś dzisiaj wrzucę.
Pozdrowionka lecą do :
 
  <3
Dziękuję wszystkim, którzy czytają moje wypociny :*

Rozdział XVII


- Niall przyszedł pogadać – tłumaczę kolegę.
- I dlatego się z nim przytulałaś?
- Stary, przecież wiesz, że ja to robię najlepiej – wszyscy zgodnie kiwamy głowami.
- Ale ja nie lubię jak dziewczyna, którą znam przytula się z kimś innym niż ja – marszczy czoło Harry.
- Tina? – pytam.
- To nie dziewczyna, to… Tina!
Znowu wszyscy się z tym zgadzamy. Moi towarzysze zaczynają na siebie pluć (nie wiem, co żyje w ich chłopięcych głowach), a ja wracam do oglądania kolejnych dziecięcych bajeczek. W końcu ślina jednego z nich ląduje na moim ramieniu. Na początku jestem spokojna. Potem czuję jednak jak przez gardło przepływa mi złość, rozdrażnienie i chrupek serowy. Rzucam się na nich jak kuna ze wścieklizną i nie przestaję kopać ich i drapać, póki oboje nie zrzucają mnie na ziemię. Mam pokaleczoną rękę, plecy i dumę.
Boli.
Najgorsze jest to, że to ja zaczęłam.
Ał.
Niall pomaga mi wstać. To jest kolega, nie to, co Harry. Zbił mnie i jeszcze się gówniarz śmieje. Daję mu kuksańca. Ale nie takiego przyjacielskiego. Walę go z całej siły w ramię, ale ten idiota ma takie mięśnie, że chyba nawet nic nie czuje, bo nie przestaje się śmiać. Moja siła jest równa sile mrówki, nie zmieniając masy ciała. To straszne.
Poniżona siadam na kanapie i ignorując kolegów znowu oglądam bajki. Tym razem jest o tygrysku, który straszył inne zwierzaki, a one go nie lubiły i było mu smutno. Aż objawił mu się tygrys-duch i powiedział, że musi się zmienić. No i ten się zmienił i wszyscy go polubili. Jak się nazywa ta bajka? „Straszący zwierzątka tygrysek, któremu objawił się duch i stał się lepszy”? Sprawdzam w telegazecie. „Strasznie miły tygrysek”…
A myślałam, że nic nie przebije małpki…
Harry patrzy na mnie z zażenowaniem, kiedy płaczę przy momencie, kiedy tygrysek rozdaje wszystkim cukierki i mówi, że ich kocha. To było takie słodkie. Zauważam, że Niall też płacze. Nic dziwnego, on płacze prawie na każdym filmie…
- Jak wy możecie to oglądać? – pyta mój przyjaciel bez serca.
- Zamknij się! Idzie pani Tygryskowa! – łka Niall.
Słyszę jak Harry się wycofuje i trzaska za sobą drzwiami. Całkowicie wyszedł z mojego domu. Bywa.
- O niego chodzi, prawda? Podoba ci się?
- Może trochę…
- Wiedziałem!
KOLEJNA OSOBA NA LLKSNJDSŻJZWSNP.
- Jesteś idiotą – mówię.
- Dzięki – szczerzy się.
- Chcesz dzisiaj zostać na noc? – pytam.
- Jasne, czemu nie?
Dzisiaj mam zastępcę Hazzy. Może będzie mu głupio?

Rozdział XVI


Poprosiłam Harry’ego żeby został na noc, bo nie wyobrażałam sobie spania w praktycznie pustym domu. Tylko ja i Annabelle. Już chyba wolałabym… o jeju nie wiem, zjeść makrelę niż zostać z nią sama. Nie po tamtym strasznym dniu. Brr.
Kocham moją siostrę, ale to diabeł wcielony. Zaczęło się jak miała dwa lata, Bonnie kupiła jej świnkę morską, a ta rzuciła ją na mnie. Miałam ranę ciętą na policzku.
Nie mniej jednak cieszę się, że Stephanie się wyprowadza. Tylko zajmowała mi pokój ;_;
Popijając sok kaktusowy leżę na kanapie w salonie i oglądam kolejny odcinek „Brzydkiej małpki, która szuka przyjaciół”. To chyba druga część. Nazywa się „Brzydka małpka znajduje przyjaciela”. Nie no, to już jest żałosne. Tym razem brzydka małpka i jej kolega z poprzedniej części bawią się ze sobą, śpiewając piosenki i chowając różne rzeczy.
Ten świat spada na psy.
Albo raczej na małpy.
Na brzydkie małpy.
- CO CHCESZ NA OBIAD?! – Harry drze się z kuchni.
- JEDZENIE! – odkrzykuję.
Przyjaciel mi gotuje. To takie słodkie. Nie wiem, co zrobi, ale mu ufam. Chyba, że będzie to langusta. Wtedy nią w niego rzucę. Rozkładam się na kanapie i przykrywam kocem. Jest mi cieplutko i milutko. Tak może być już zawsze.
- Serio co chcesz na obiad? Harry wchodzi do salonu.
- Nie wiem. Nic. Herbatę.
- No to mi to wali – przyjaciel kładzie się na mnie.
Jest trochę ciężko, biorąc pod uwagę, że, hmm… KTOŚ NA MNIE LEŻY. Wiercę się przez chwilę, ale czuje się jak mors przebity harpunem. Mam małe deżawi. Leżę przez chwilę spokojnie, po czym zaczynam się wiercić.
- Zejdź ze mnie.
- Skoro tego chcesz – Harry ześlizguje się ze mnie i jak śledź spada na ziemię. Jakoś tak dzisiaj wszystko łatwo mi idzie. Jakbym była wysmarowana masełkiem czy coś.
Mój przyjaciel spadł tak, ze mam idealny widok na jego włosy, które teraz są bardziej proste niż kręcone. Nie zmienia to faktu, że wygląda prześlicznie.
Debil.
- Nicki! Nudzi mi się! – słyszę schodzącą na dół Annabelle.
- O nieee! – chowam się pod kocem.
- Co jest mała? – Harry pyta się mojej siostry.
- Straaaaaaasznie mi się nudzi. Odcięłam już wszystkim lalkom głowy i teraz nie mam, co robić.
MOJA SIOSTRA TO SADYSTKA. Siedmioletnia sadystka. Z siedmioletnim stażem!
- Może jeszcze misiom poodcinasz głowy? – proponuje Harry.
MÓJ PRZYJACIEL TO SADYSTA. Dziewiętnastoletni sadysta. Z dziewiętnastoletnim stażem i uśmiechem, który łamie żebra.
- Im odcięłam… Ale wezmę misie Nicki!
- NAWET SIĘ NIE WAŻ! – wynurzam się spod koca i niczym pantera ze wścieklizną rzucam się na siostrę. Jednak, widać, że brązowy pas w teakwondo nie zdobyła przypadkiem, bo przerzuca mnie sobie przez ramię, krzycząc niczym mongolski wojownik. Przypominam, MA SIEDEM LAT.
Patrzę się na nią przerażona.
- Super! – Harry patrzy na nią z podziwem i pomaga mi wstać. Czuję się jak w tym śnie, kiedy idziesz nago do szkoły, patrzysz w dół i tam nic nie ma. Poza twoim obnażonym ciałem. W wielkim spazmie padam znowu na kanapę i stosuję znaną z „Nie ma to jak statek” metodę pancernika, która polega na jak największym skurczeniu się poprzez złapanie swoich nóg, kołysanie się i płakanie „proszę nie bij”. Kiedy przestaję i podnoszę głowę, liczę na to, że Harry będzie stał nade mną i patrzył z delikatnym uśmiechem. Ale go tam nie ma. Nade mną, na podłodze, w ogóle w salonie. Annabelle także.
Zostałam sama.
Smutno mi.
A bajka o szkaradnej małpce się skończyła. Teraz leci jakaś piosenka o słoniu.
- JEST LEPSZA OD TYCH TWOICH WYPOCIN ŚMIECIU! – krzyczę licząc na to, że Harry mnie usłyszy. Ale chyba ma mnie w nosie.
Słyszę jak otwierają się drzwi. Nie zareagowałabym nawet gdyby do mojego domu wpadła rosyjska mafia, grożąc mi porwaniem Ann (o, a wtedy to jeszcze bym im pomogła!), spaleniem domu, czy czymś innym. Patrzę się w kierunku drzwi i widzę uśmiechniętą głowę Nialla. Zapraszam go głową do środka.
- Co tu robisz? – pytam.
- Louis z Eleanor, Liam z Tiną, Zayn z Perrie, to ja przyszedłem do ciebie – szczerzy się.
- To brzmi jakbyśmy byli parą. Siadaj – klepię miejsce obok siebie.
Kolega siada i rozkłada swoje szanowne stopy na moim stoliku do kawy. Nie reaguję, bo… nie chce mi się okej?! Rzucam w niego paczką chrupków, na której leżałam (nie wiem…) i opieram głowę o zgięte kolana.
- Co jest? – pyta Niall.
- W porządku – uśmiecham się – Tak jakoś mam po prostu doła.
- Rozumiem. Chcesz się przytulić?
Kiwam głową i mocno go ściskam. Harry przytula świetnie, ale to Niall jest w tym mistrzem. Potrafi sprawić, że nawet najgorsza depresja przejdzie w sekundę. Uwielbiam się do niego tulić.
- Świetnie przytulasz wiesz? – pytam, mu w ramię.
- Wiem, dziękuję. Już lepiej?
- Lepiej. Dzięki wielkie – całuję go w czółko po przyjacielsku.
- Co ty tu robisz Niall? – słyszę lekko rozzłoszczony głos Hazzy.
Ałć.

Rozdział XV


Postanowiłam dzisiaj porozmawiać ze Stephanie. Uznałam, że skoro i tak nigdy jej nie ma lepiej, żeby zamieszkała w hotelu. Tak będzie lepiej dla nas obu. Dla mojego portfela też. Steph może jeść tylko zdrową żywność, która jest trzy razy droższa od zwyczajnej, a różni się tylko napisem „light” na opakowaniu. Więc jak tylko wróci do domu (bo jeszcze jej nie ma) będę musiała poważnie z nią pomówić.
Zostali u mnie tylko Tina i Harry. Resztę, włącznie z Liamem, przy ciągłym narzekaniu mojej przyjaciółki, wyprosiłam. Chciałam pobyć tylko i wyłącznie z tą dwójką. Tak, więc po zmarnowaniu na mojej głowie czterech kostek masła, dwóch opakowań mąki i miski płatków z mlekiem Tina w końcu powiedziała, że wybaczy mi to, że wygoniłam jej chłopaka i nawet powiedziała, że mnie kocha. To jest przyjaciółka, nie ma, co <3
Chcieliśmy tylko się dzisiaj polenić, tak jak kiedyś. Przed trasą koncertową One Direction i w ogóle. Tylko wtedy Harry jeszcze nie znał Tiny… Ale gdyby znał na pewno właśnie tak by było. Więc siedzimy na kanapie i oglądamy głupie filmy, co jakiś czas rzucając jakiś bezsensowny komentarz. Albo kapeć w telewizor. Różnie.
Oparłyśmy z Tiną głowy na kolanach Hazzy. Jest wygodnie, chyba, że ten nagle pomyśli żeby wstać i robić pajacyki, wtedy nasze łepetyny spadają, bo Harry robi to na tyle szybko, ze gdyby chciał mógłby prześcignąć Strusia Pędziwiatra.
Najśmieszniej było jak Tina zasnęła. Wiedziałam o tym, ale jej nie obudziłam. Po jakimś czasie Hazza zerwał się z kanapy, a na kolanie miał mokrą plamę. Nasza przyjaciółka go obśliniła przez sen. Haha.
- Która godzina? – pyta senna Tina.
- W pół do piątej – patrzę na telefon.
Ta zrywa się nagle i krzycząc, że umówiła się z Liamem wybiega z domu. Okej. Wciąż trzymając głowę na kolanach przyjaciela odpisuję Bonnie na smsa. Wszystko jest w porządku, dom jeszcze stoi, Annabelle na razie żyje i takie tam. Nie wiem, czemu do mojego domu wpada, nagle pani Stacy z patelnią w ręku i krzyczy coś, że dostała zlecenie by sprawdzić czy żyjemy. Patrzę się na nią ze spokojem, aż ta z przerażoną miną wycofuje się do swojego bunkra, czy gdzie tam ona żyje. Jeśli chodzi o kobiety w jej wieku, nie mam bladego pojęcia. Ma ze sto dwadzieścia lat, koło siedmiu kotów i manię na rozmowy o swoim mężu/zmarłym mężu/mężu, który uciekł z dwadzieścia lat młodszą kobietą. Z jej historii wynika, że wychodziła za mąż koło ośmiu razy. Biedni faceci.
Harry przyzwyczaił się do tego, że moje sąsiadki zachowują się jakby dopiero, co wyszły z psychiatryka, bądź jakby druga wojna światowa wciąż trwała, więc nawet przy nich jest tym uroczym sobą. Kiedyś nawet jedna z nich chciała dać mu swój numer. Brr.
Kiedy znowu słyszę otwieranie drzwi i mam już grozić wezwaniem CSI, FBI, policji, sądu i wszystkiego możliwego, zauważam, że to Stephanie. Płacze, patrzy się na nas, płacze jeszcze mocniej i biegnie na górę.
- Wypadałoby do niej pójść – mówię od niechcenia i wstaję.
Idę do schodów i szybko wbiegam na górę. Otwieram drzwi od swojego pokoju i widzę tam uśmiechniętą koleżankę.
- Co się stało? – pytam.
- Absolutnie nic –szczerzy się ta.
- Przecież płakałaś – zauważam.
- Miałam nadzieję, że Harry zwróci na mnie uwagę. Udało się? – pyta.
- Nie bardzo.
Steph podgryza delikatnie policzek jakby się nad czymś zastanawiała. Nagle podnosi głowę i patrzy się na mnie uśmiechnięta.
- Mam pomysł! Może ty mogłabyś mi pomóc go poderwać?
Patrzę się na nią smutnym wzrokiem.
- Widzisz Stephanie… Z naszą przyjaźnią jest tak, że on jest mi bliski jak nikt inny. Czasami nawet bardziej. I choć często mam wielką ochotę go zabić, jednego dnia bym bez niego nie przeżyła. Uwielbiam go i wiem o nim wszystko. Między innymi to, że na razie nie szuka dziewczyny. Więc niestety nie mogę ci pomóc, gdyż nie zrobiłabym tego całym sercem, a jak tak, to wolę nie robić tego w ogóle.
Steph patrzy się na mnie jak na idiotkę.
- Hmm… No tak. Więc w takim razie, jasno mogę stwierdzić, że jesteś w nim zakochana. Prawda?
Spuszczam lekko głowę nie odpowiadając. Koleżanka podchodzi do mnie i mocno mnie przytula.
- Od początku wiedziałam. Widać to.
Kolejna osoba, którą mogę dopisać do listy, którą nazwałam Lista Ludzi, Którzy Szybciej Niż Ja Dowiedzieli Się, Że Jestem Zakochana W Swoim Najlepszym Przyjacielu. W skrócie LLKSNJDSŻJZWSNP.
- Stephanie i przy okazji musimy porozmawiać – mówię.
- Jeśli chodzi ci o to, że powinnam się wyprowadzić, to tak, wiem. Dzisiaj już mnie tu nie będzie.
Hm. Łatwo poszło.
- Nie jesteś zła za tego Harry’ego? – pytam.
- Żartujesz? Jest słodki, to prawda, ale ty nigdy nie byłaś w nikim zakochana. Cieszę się twoim szczęściem – uśmiecha się.
Ściskam ją z całej siły i łzy lecą mi po policzkach. Uśmiecham się do niej ostatni raz i schodzę na dół do przyjaciela.
- Steph się dzisiaj wyprowadza – mówię i siadam obok niego.
- Tak bywa – ten wzrusza ramionami.
Daję mu lekkiego kuksańca i tym razem opieram głowę o jego ramię.
- Jak się czujesz? – pyta.
- Dobrze, a co?
- Nic, ale jesteś dziś jakaś taka przymilna.
Patrzę się na niego i ściskam go jeszcze mocniej niż wcześniej Steph.
- Po prostu jestem cholernie szczęśliwa, że cię mam.

piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział XIV


- To co teraz? – pyta Niall.
- Louisa się pytaj. On ma dziewczęcy umysł.
- Wcale nie, pff! –prycha Lou i przykleja drugą parę sztucznych rzęs.
- To może… Pokaz mody? – proponuje Kim.
- Kto za? – pytam.
Wszyscy podnoszą ręce.
- Okej. To możecie skorzystać z wszystkiego, co będzie w szafach, ale błagam, nie zróbcie syfu…
- Tak jest! – Harry salutuje i wszyscy znowu się rozbiegają.
Pędzę po schodach do sypialni Bonnie. Ma tam ona, ukrytą szafę, gdzie ma całkowicie wieśniackie ciuchy. Musi je trzymać w domu, gdyby miała klientkę na miejscu, a nie wiem, czemu ludzie uważają tego typu ciuchy za „ostatni krzyk mody”. Krzyk? Chyba wrzask. Przerażenia i rozpaczy. Otwieram drzwi, a w rzeczach mojej rodzicielki grzebie sobie, Hazza.
- Cześć?
- Hej, N.
Podchodzę do niego i patrzę na ciuchy, które ma zawieszone na rękach. Biorę wszystkie i wrzucam z powrotem do szafy.
- Ja cię ubiorę.
Ten wzrusza tylko ramionami i staje prosto. Wybieram obcisłą złotą sukienkę, której wraz z Bonnie nienawidzimy, ale ustaliłyśmy, że nie będziemy wyrzucać żadnych ciuchów, gdyby była sytuacja jak ta. Harry z coraz większym przerażeniem wertuje wzrokiem ciuchy, które mu podaje. Między innymi seledynowy sweterek o wielgachnych guzikach i wielki kapelusz z piórem (nie mam pojęcia, jaki normalny człowiek by to założył….). Uśmiecham się do niego jak idiotka.
- W takim razie, ja ubiorę ciebie – mówi mój przyjaciel i podaje mi te ohydztwa.
Bez zastanowienia, jakby od dawna czekał na tą chwilę, także wybiera mi ciuchy. Widzę naszyjnik z kwiatków (KLIK), spódnicę do kolan z frędzlami i wyblakłe bolerko (a może to ma być kolor biegunki…?). Wymieniamy się ciuchami. Zakładam wszystko szybciutko i pomagam Harry’emu wcisnąć się w sukienkę. Z trudem dopinamy zamek.
- Nie mogę oddychać… - bełkocze.
- Dasz radę – zakładam mu na głowę kapelusz. Odpuszczam mu sweterek i tak wygląda strasznie.
- Czasami cię nienawidzę – szepcze.
- Wiem, że mnie kochasz.
- Tak kocham cię. I w tym problem – mówi bardzo cicho.
Patrzę się na niego ze zdziwieniem. Uśmiecham się lekko i on także odpowiada uśmiechem. Nasze twarze znacząco zbliżają się do siebie i…
- Idziecie? – pyta Tina, która właśnie weszła do pokoju.
Odrywamy się od siebie błyskawicznie i każde udaje, że coś robi. Ja odkłaczam bolerko, a Harry bawi się piórkiem.
- Tak… Idziemy – szczerzę się do Tiny.
Łapię przyjaciela za rękę i pomagam mu w stawianiu każdego kroku, bo sukienka ogranicza mu ruchy. Śmiejemy się przy tym, udając, że wcześniej nic się nie stało. Na schodach potykam się i wpadam na Louisa ubranego w czerwoną wieczorową sukienkę, którą sama uszyłam. Paraduje w niej jak jakaś dama dworu. Wybucham śmiechem i zaraz dołącza do mnie Harry.
- Masz strasznie zaraźliwy śmiech – bełkocze mój przyjaciel.
Schodzimy na dół i zastajemy wszystkich ubranych w przeróżne stroje. Macy założyła moją sukienkę z balu szkolnego, miętową z tiulu (KLIK). Tiff ubrała jakieś malutkie ubrania, które strzelam, że wygrzebała z szafy Ann. Wciąż nie mogę się przestać śmiać z Louisa, a kiedy ten zabiera Tinie kopertówkę i zaczyna chodzić nieudolnym krokiem modelki, wszyscy się do mnie dołączają.
W końcu leżymy na ziemi i zjadamy chipsy. Czyli jest tak jak mówiłam. Ehh… Wszyscy rzucają ciuchy na kanapę i znowu są w piżamkach. No, przynajmniej dziewczyny.
- Macie jakieś piżamy? – pytam chłopców.
- Jasne. Nie przyszliśmy tu bez niczego, lol – odpowiada Lou.
Chwytają plecaki (których wcześniej nie zauważyłam :C) i rozchodzą się po domu.
- Ale ten Niall jest słodki! – piszczy Macy.
Wszystkie patrzymy się na nią zdziwione. Ona nigdy otwarcie nie mówi o swoich uczuciach, a co dopiero o tych do chłopaka!
- Serio ci się podoba? – pytam z uśmiechem.
- I to jak! Jest taki kochany i miły!
Szczerzymy się wszystkie. Wtedy wracają chłopcy.
Liam ma zwykłą, luźną, białą koszulkę i spodnie dresowe to połowy łydki.
Niall, bluzkę z Yodą i długie portki.
Hazza, czarną koszulkę i spodnie-hawajki.
I… Ekhem… Lou : KLIK

Wszystkie wybuchamy śmiechem widząc jego piżamę. Ten to zawsze musi coś odwalić.
- No co? O co chodzi? – pyta ze zdziwieniem.
- Poważnie? – śmieje się Kim – Hello Kitty?
- A czemu nie? – wzrusza ramionami Lou.
Kiwamy wszystkie głowami. Coś w tym jest. Jednak wystarczy tylko spojrzenie na kolegę w różowym kombinezonie z wiecznie szczęśliwym, jak po marihuanie kotkiem i znowu się śmieję. Wtedy obrywam poduszką. Patrzę z pogardą na Tinę. Ze spokojem podchodzę do niej.
- TO OZNACZA WOJNĘ ŚMIECIU! – drę się na nią i oddaję jej.
Zaczyna się druga już w tym dniu bitwa. Co chwila leję się z Tiną, co przyprawia mnie o straszny ból głowy i mdłości. Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję J
Siadam na ziemi i próbuję medytować, jednak nie sądzę, żebym w takim otoczeniu mogła na tyle oczyścić umysł jak ci faceci co sobie lewitują. A szkoda. Fajnie by było. Wrzasnęłabym „ I TERAZ WAM GŁUPIO, CO?!” i patrzyła na przyjaciół z góry.
Moje marzenia przerywa poduszka Hazzy. Wstaję i zaczynam go bić tym co mam pod ręką, czyli… hmm… dłońmi.
Nagle Louis zaczyna się drzeć .
- NA ZIEMIĘ!
 I wszyscy padają jak kłody. Lou patrzy się na nas z pogardą.
- Pff! Wygrałem!
I wtedy obrywa poduszkami.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pozdrowienia dla 
 i  <3 Są najlepsze <3

środa, 3 kwietnia 2013

Rozdział XIII (PECHOWY D:)


Siedzimy z Tiną w salonie i oglądamy filmy. Po drodze tutaj oczywiście nie mogło odbyć się bez ukazywania miłości i przyjaciółka zepchnęła mnie ze schodów. Potem, kiedy robiłyśmy popcorn rzuciłam w nią masłem. Śmiesznie było.
Tina przyniosła jakiś film, przy którym rzekomo nie da nie płakać. O jakimś psie, który ileś tam lat czekał na swojego pana na stacji. Ja tam cały czas się śmiałam. Najfajniej było, kiedy powiedziałam Tinie, że ma ruszyć dupsko, a ona poprosiła żebym zepchnęła ją z łóżka. Ta spadła na kubek i on się pobił. Haha.
Przemyślałam wcześniejszą prośbę Steph, żeby zaprosić chłopaków, ale kiedy ta powiedziała, że i tak dzisiaj wychodzi, zrezygnowałam. Postanowiłyśmy wraz z Tiną zrobić piżama-party. Obie mamy bzika na punkcie Ameryki, więc chcemy żeby to była typowo amerykańska impreza. Niezdrowe przekąski, śpiworki, malowanie, bitwa na poduszki. Chociaż pewnie jak zawsze skończy się leżeniem na ziemi i zjadaniem chipsów. Oczywiście będą same dziewczyny! Zaprosiłyśmy kilka koleżanek z klasy, a te bardzo się ucieszyły. Nie jest ich za dużo, bo zazwyczaj trzymamy się z chłopakami, dziewczyny tylko pytają nas o to, jacy są chłopcy z One Direction. Irytujące.
Więc zamiast szykować teraz dom na przyjście koleżanek, typu zrobić miejsce na śpiwory, my leżymy i oglądamy film. Dziewczyny mają przyjść za około pół godziny.

CHWILA, ILE?!
Zrywam się z kanapy i zrucam (znowu) przy tym opierającą się o moje kolana Tinę na ziemię. Biegnę do kuchni, biorę portfel i wypadam z domu wywalając się przy tym tylko trzy razy. Pędzę jak głupia do sklepu i kupuje przekąski. Nie wiem, czemu w moim koszyku znalazł się też seler. Po kryjomu pakuję go do wózka jakiejś babci. Na pewno jej posmakuje. Płacę za wszystko i znowu jak ścigana biegnę do domu. Rzucam całą torbę na wciąż leżącą na ziemi Tinę, a ta drze się na mnie. Jednak uspokaja się, gdy zauważa chrupki truskawkowe. Ignoruję ją i odsuwam kanapę, tak żeby zrobiło się więcej miejsca. Pięć osób się zmieści.
W idealnym momencie słyszę dzwonek do drzwi. Stoją tam wszystkie nasze trzy koleżanki.
Macy, jest przeuroczą niziutką i cichą dziewczyną, która przepięknie rysuje. Ma długie brązowe włosy i wielkie oczy. Jedynym minusem jest to, że często płacze.
Kim jest uznawana za klasową piękność. Ma falowane włosy w kolorze ciemny blond i niebieskie oczy okalane czarnymi jak węgiel rzęsami. Nie jest jednak zarozumiała i potrafi się z siebie śmiać, więc ją lubię.
No i Tiffany. Taka typowa buntowniczka. Ciągle chodzi w glanach, maluje włosy na pastelowe kolory i ciągle kłóci się z nauczycielami. Jest bezczelna, ale tylko dla tych, których nie zna.
Uwielbiam je wszystkie. Każda ma inną osobowość i  co najlepsze, nie obchodzi je to, że przyjaźnię się z Harrym, bo nie przepadają za One Direction. Poznały chłopaków i ich polubiły, ale nie są fankami ich muzyki.
Przytulam je szybko na powitanie i mówię żeby się rozgościły. Tiff od razu rzuca się na moją biedną Pear, bo kocha psy. Macy i Kim witają się z Tiną i siadają na przygotowanych przez nią poduszkach.
- Chcecie już się przeprać w piżamki? – pytam.
Dziewczyny kiwają głowami i każda rozchodzi się po domu, żeby zmienić ubranka. Wchodzę do swojego pokoju i znajduję list na łóżku.
Kochana Nicki!
Wyszłam już ze znajomymi, prawdopodobnie
wrócę jutro po południu.
Nie martw się o mnie,
Twoja Steph.

Nie ma dla mnie żadnej różnicy, czy jest, czy jej nie ma. I tak prawie z nią nie gadam. Biorę piżamę z szafy, szybko się przebieram i schodzę na dół. Dziewczyny już tam są.
Tina - KLIK
Macy - KLIK
Kim - KLIK
Tiff - KLIK
I ja - KLIK
Siadamy spokojnie na poduszkach. Wręcz nie mogę się powstrzymać i rzucam w Tinę kapciem. Ta bierze poduszkę, na której siedziała, podchodzi do mnie i zaczyna mnie bić. To oznacza wojnę.
Wszystkie wstają i nawalają się poduchami. Co chwila obrywam w twarz. O dziwo tylko od Tiny. Każda w końcu ląduje na ziemi, leżąc na innej. Stworzyłyśmy ludzką kanapkę. Śmiejemy się jak idiotki i słyszymy jak otwierają się drzwi. Odwracamy się w ich kierunku, a tam stoi Hazza, wraz z Lou, Niallem i Liamem. Patrzą się na nas jak na idiotki. Szybko wstajemy i patrzymy się na nich udawanie poważnym wzrokiem. W końcu Liam podchodzi do Tiny i całuje ją. Wszyscy udają odruch wymiotny. Gołąbeczki w końcu odrywają się od siebie i chichoczą, trzymając się za ręce.
- Nie żeby coś, ale.. – zaczynam – CO WY DO JASNEJ CIASNEJ CHOLERCI TUTAJ ROBICIE?!
- Byliśmy w okolicy – tłumaczy się Harry. Podchodzę do niego i patrzę na niego zła. Ten jednak słodko się uśmiecha i mnie przytula. Także, z całej siły go ściskam. Widzę jak Tina szepcze coś Liamowi na ucho i się uśmiecha. Ten wybałusza oczy i patrzy na mnie i na Harry’ego. Czasami nienawidzę mojej przyjaciółki.
- Poróbmy coś – proponuje Kim.
- POMALUJMY SIĘ JAK TYPOWE NASTOLATKI! – piszczy Lou, a wszyscy patrzą się na niego jak na idiotę.
- No co? – ten tylko pyta – Będzie śmiesznie.
Wzruszamy ramionami, aprobując jego pomysł, a ja biegnę do łazienki po kuferek Bonnie. Ona ma MNÓSTWO  kosmetyków (jest stylistką, nic dziwnego, lol). Cienie, tusze, róże… wszystko. Znowu biegnę do gości i podaję Niallowi kuferek. Dzielimy się w pary.
Ja jestem z Hazzą, Tina z Liamem, Macy z Niallem, a Louis, który uznał, że potrzebuje dwóch dziewczyn jest z Tiff i Kim.
Wyjmuję najbardziej szpetne kolory cieni i mażę przyjaciela, tak, że wygląda jak potwór z bagien. Ten także się na mnie mści, bo nakłada mi fioletowy cień i maluje mi całe oko naokoło, przez co mam pozorowaną śliwę. Nie biorę różu, tylko pędzlem nakładam mu na policzki fioletowy cień.
Efekt końcowy? Wyglądamy strasznie.
Najgorsze jest to, że tylko my postanowiliśmy się wygłupić i wszyscy wyglądają normalnie. To znaczy, gdyby wszyscy byli dziewczynami, to by wyglądali normalnie.
A my?
Wyobraźcie sobie malarza, który niesie czterdzieści puszek z farbą, a te spadają mu na głowę.
Tak wyglądamy.
Cudownie.

Rozdział XII


Leżę na łóżku Bonnie i patrzę w sufit. Harry chciał się wprosić, ale powiedziałam, że wolę zostać sama. Nie wiem, o co chodzi, ale teraz, gdy na niego patrzę nie widzę w nim mojego przyjaciela.
Widzę kogoś, z kim bardzo chciałabym być.
Te wszystkie miłe słowa, wspomnienia, płacze. Kocham go i zawsze kochałam. Tylko teraz jest to trochę inna miłość. Gdy go widzę mam motylki w brzuchu. Zawsze usprawiedliwiałam to tym, że po prostu cieszę się, że go widzę. Jednak po tym dniu już wiem jak jest.
Jestem totalnie zakochana w swoim najlepszym przyjacielu.
Biję się w głowę mając nadzieję, że to mi minie. Jednak nie mogę przestać o nim myśleć. Kocham go.
Jednak to nie może się wydać. Mogłoby to kompletnie zniszczyć naszą przyjaźń, a nie wiem, co bym bez niego zrobiła.
Wstaję z łóżka i idę do swojego pokoju. Tam, przy oknie siedzi Steph.
- Cześć, mała.
- Hej – odpowiadam z lekkim uśmiechem i rzucam się na wielką pufę.
- Co jest? – pyta moja koleżanka zaciekawiona.
- Umieram.
- Zakochałaś się?
Patrzę na nią z lekkim przerażeniem i zdziwieniem zarazem.
- Nie, czemu? Wydaje ci się.
Stephanie wzrusza ramionami i mówi coś pod nosem.
- Nikt dzisiaj nie przychodzi? – pyta z nutką nadziei w głosie.
- Nikt. Tylko my dwie – szczerzę się.
- To kogoś zaproś, bo będziemy się nudzić.
Patrzę na nią oszołomiona. Myślałam, że chce spędzić ten czas tylko ze mną. Jak przyjaciółka z przyjaciółką. Jak kiedyś.
- Jasne. Zaproszę chłopców i Tinę.
- Koniecznie tego Harry’ego czy jak mu tam. Jest strasznie słodki!
Patrzę na nią złowrogo, ale ta nie widzi tego, bo buszuje w swojej torbie.
- Chciałabym ładnie przy nim wyglądać. Pomożesz mi wybrać ciuchy, które mu się spodobają? W końcu się przyjaźnicie – mówi swoim piskliwym głosem.
- Jasne.
Bez słowa odwracam się i wychodzę z pokoju. Wchodzę do łazienki Bonnie i siadam w wannie. Lubię to miejsce. Jest takie spokojne i białe. Czasami, kiedy chcę się wypłakać siadam sobie w tej oto wannie i… płaczę.
Tak jak teraz. Łzy ciekną mi po policzkach. Kocham Hazzę, ale nie jestem na tyle odważna, żeby powiedzieć o tym Stephanie. A ona jest przepiękna. Bez największego trudu rozkocha w sobie mojego przyjaciela.
Nie wiele myśląc dzwonię do Tiny. Odbiera już po drugim sygnale.
- Co tam jeżozwierzu?
- Tina przyjedź. Siedzę w wannie Bonnie.
- Aż tak źle? Zaraz będę.
Ona zna mnie na wylot. Siedzę chwilę i czytam etykiety po kosmetykach. Trafiłam na tonik. Carboxaldehyde. Czy tylko mi się wydaje, że ludzie, którzy coś takiego wymyślają mają nie po kolei w głowie? Nie mogło być carbox? Serio, koniecznie musi być Carboxaldehyde? Umysł ludzki mnie powala. Znajduję jakiś krem i smaruję sobie nim ręce. Wali kupskiem. Ale miło nawilża.
Nagle do łazienki wpada Tina. Jest zdyszana. Siada na kibelku i patrzy na mnie z oczekiwaniem.
- Co jest Nicki?
Milczę.
- Ty wstrętny mały, niedorozwinięty płodzie! Gadaj, o co chodzi! Nie po to tu biegłam jak idiotka, żebyś teraz siedziała bez słowa!
Kochana.
- Tina. Ja się… Ja się…
- TY SIĘ CO?!
- Ja się zakochałam.
- O jak miło – uśmiecha się moja przyjaciółka.
Pochylam głowę i także lekko się uśmiecham.
- Jaki on jest? Ładny? Bogaty? Słodki? Romantyczny? To musi być ktoś specjalny, bo ty się tak łatwo nie zakochujesz. Pewnie jest z zagranicy! Może Włoch… Albo Hiszpan! Ma pewnie jakieś egzotyczne korzenie, co sprawia, że wygląda, no wiesz, Mrrau. Ile ma lat? Mam nadzieję, że starszy! No bo chyba nie młodszy? Jeżeli okaże się, że jest gburem to cię zabiję, zakopię, po czym odkopię i znów zabiję, bo nie będę chciała spędzać z nim czasu…
- Tina…?
- Ale jeśli ten potwór cię skrzywdzi, to wiedz, że JEGO zabiję. Bo jeżeli ktoś złamie serce mojej najlepszej przyjaciółce, to ja złamię mu nos i… AŁ!
Rzuciłam w nią mydłem.
- Wybacz, ale musiałam.
- Rozumiem. To, kto to jest? – pyta moja przyjaciółka już jak normalny człowiek.
Milczę.
- Nicki?
- Wiesz, co Tina? Zapomnijmy o tym. Nie powinnam ci tego mówić.
- Chyba żartujesz. Natychmiast mi mówisz, bo spełnię moją wcześniejszą groźbę.
- Ale… Ja… Słuchaj… No bo… Wiesz…
- PRZESTAŃ SIĘ KURDE JĄKAĆ I MÓW JAK CZŁOWIEK! – drze się na mnie Tina.
- TO HARRY OKEJ?! – wrzeszczę na nią.
Myślałam, że zareaguje inaczej. Myślałam, że zacznie się śmiać jak idiotka, bądź uda obrzydzenie. A ta tylko usiadła na krawędzi wanny i uśmiechnęła się.
- Wiedziałam – wyszeptała – Ty tak na niego patrzysz. A on na ciebie. Rozmawiałam o tym z Liamem, on też sądzi, że coś między wami jest.
Słucham? Czy tylko ja nie wiedziałam o tym, że jestem w nim zakochana? I od kiedy to mówi się o rozterkach miłosnych swojej przyjaciółki chłopakowi?
- A co z tobą i z Liamem? – pytam z uśmiechem.
- No wiesz… To i owo – uśmiecha się coraz mocniej.
- Jesteście już razem? – pytam.
- Tak. Od wczoraj! – śmieje się perliście.
Wstaję. Łapię ją za ramiona i skaczemy z radości.
- Nareszcie! – przytulam ją mocno.
- A ty kiedy powiesz o swoich uczuciach Harry’emu?
- Nie wiem. Jak nadejdzie okazja.
Wychodzę z wanny i otrzepuję ubrania. Tina otwiera drzwi od łazienki. Wychodzimy, a ja czuję się trochę szczęśliwsza, że mogłam się komuś wygadać.

------------------------------------------------------------------------------------------

Badoom.
Miłość rozkwita, czy może nie?
Aha! Sama jeszcze nie wiem ;__;
Dowiem się, gdy najdzie mnie na napisanie następnego rozdziału ^^
Pozdrawiam, wszystkich czytających :*

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział XI


Wszyscy poszli już koło dziesiątej. Weszłam wtedy na chwilkę na górę i powiedziałam Steph, że wychodzimy. Ona tylko życzyła mi miłej zabawy i dalej poszła spać.
Ubieram teraz moje nowe buty od Harry’ego i zaraz idziemy. Nie wiem gdzie, on podobno coś wymyślił.
- Pospiesz się! – krzyczy na mnie przyjaciel.
Wiążę sznurówki i podbiegam do niego. Łapiemy się za ręce i idziemy w wybranym przez Hazzę kierunku. Idziemy tylko przed siebie mijając tłum lekko zdezorientowanych dziewczyn, które nie wiedzą czy mają podejść, czy nie. Na szczęście tego nie robią. W końcu dochodzimy do małego murku w parku. Marszczę brwi nie wiedząc, czemu się zatrzymujemy. Harry rozgląda się chwilę, po czym przyciąga mnie do siebie i pokazuje jedno miejsce na ściance. Przyglądam się. Jest tam nabazgrane „H+N=BFF”. Uśmiecham się na sam widok. Napisaliśmy to chyba w siódmej klasie, kiedy byliśmy w Londynie na wycieczce szkolnej. Zgubiliśmy się wtedy. Harry zadzwonił do nauczycielki, a ta kazała nam czekać w tym właśnie miejscu. Skorzystaliśmy z okazji i się podpisaliśmy.
- Idziemy dalej – nakazuje mój przyjaciel. Idziemy na stację, która jest całkiem niedaleko. Harry sprawdza rozkład pociągów i kupuje dwa bilety. Czuję się trochę głupio, jak on wszystko stawia. Siadamy na ławce i czekamy na pociąg.
- Pamiętasz jak razem na stacji King Cross wbiegliśmy na filar, mając nadzieję, że dostaniemy się do Hogwartu? – uśmiecha się Harry.
- Tak! Oboje mieliśmy potem wielkie guzy na środku czoła, ale warto było – szczerzę się.
Hazza obejmuje mnie jednym ramieniem.
- Mamy tyle wspomnień, co?
Nie odpowiadam. Przytulam go mocno. Wtedy przyjeżdża nasz pociąg, więc wstajemy i wsiadamy. Zajmujemy miejsca tuż przy drzwiach, obok siebie. Wyjmuję z kieszeni spodni cukierki miętowe i częstuję przyjaciela. Smotkamy je przez chwilę, a potem olewamy nasze szkliwo, czy co tam i zaczynamy je gryźć. Harry łapie jednego cukierka i bierze zamach. Patrzę się na niego zdziwiona, a ten go wyrzuca. Drops trafia w sam środek głowy starszej pani. Ta odwraca się z zezłoszczoną miną. Udajemy poważnych, ale kiedy kobieta znowu się odwraca, wybuchamy wielkim śmiechem.
Ciopąg się zatrzymuje. Szybko wysiadamy, po czym śmiejemy się jeszcze głośniej.
- To gdzie idziemy? – pytam.
- O tam – Harry wskazuje jakieś miejsce po drugiej stronie ulicy. Nie zdążam nawet spojrzeć, a ten już zakrywa mi oczy.
- Co jest? – pytam lekko rozbawiona.
- Niespodzianka ma być, okej?
Wzruszam ramionami i czuję lekkie pchnięcie. Idę do przodu i spadam lekko, czyli zeszliśmy z krawężnika. Jakoś nie ufam Harry’emu na jezdni, kiedy mam zakryte oczy. Takie dziwne obawy, że, ekhem, coś nas potrąci. W końcu potykam się o krawężnik, co znaczy, że już przeszliśmy.
- Zamknij oczy, proszę – Hazza mówi błagalnym tonem.
Słucham go i nie otwieram oczu. Ten łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą. Słyszę jak otwiera drzwi i wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia. Czuję słodki zapach.
- Już możesz otworzyć oczy – mówi do mnie przyjaciel.
Otwieram je szybko, ale zaraz zamykam. Próbuję zatuszować łzy.
Harry zaprowadził mnie do cukierni, w której kiedyś spędzaliśmy najwięcej czasu. Bardzo często jeździliśmy do Londynu, czy to do rodziny, czy na wycieczki. Ale zawsze, gdy tu byliśmy odwiedzaliśmy właśnie tą cukiernię. Nie żeby kupować słodycze. Lubiliśmy się na nie patrzeć i wymyślać swoje własne smaki i nazwy. Bawiliśmy się tu w chowanego, a sprzedawczyni, znała nas bardzo dobrze i zamiast nas wygonić, częstowała nas darmowymi próbkami słodyczy.
Łzy ciekną mi po policzku i uśmiecham się jak głupia. Przyjaciel podchodzi do mnie i mocno mnie przytula. Nie mogę się powstrzymać, płaczę coraz mocniej.
- To nie koniec niespodzianki – mówi, a ja patrzę na niego ze zdziwieniem.
Ten bierze mnie za rękę i idzie do kasy.
- Cześć Caren – mówi do sprzedawczyni.
- Harry! I Nicki! – ta wita się z nami jak z najlepszymi przyjaciółmi – Tak dawno was nie widziałam!
Przytulamy ją, a Harry zaczyna dziwnie kiwać głową. Caren patrzy się na niego jak na osobę psychiczną, ale mija chwila i już rozumie jego intencje. Wraca do lady i wyjmuje coś spod niej. Coś w kartonowym pudełku. Podaje to mu, a ten dziękuje i ciągnie mnie za rękę w stronę wyjścia. Siadamy na ławce przed cukiernią, a Harry podaje mi karton. Otwieram go powoli i znowu łzy nachodzą mi do oczu.
„To” jest to wielkie zbiorowisko przeróżnych słodyczy. Miętowych cukierków, kolorowych laseczek, czekoladek, lizaków, żelków, galaretek w cukrze. Całość jest na wielkim talerzu z wafelka. Nie byłoby w tym nic szczególnego poza tym, że kiedyś powiedziałam Harry’emu, że dokładnie tak będzie wyglądał mój tort ślubny. Kładę go obok, na ławce i z całej siły przytulam się do przyjaciela. Teraz mam gdzieś to jak wyglądam, płaczę jak idiotka.
- Jestem taka głupia… A ja dla ciebie nic nie mam – łkam mu w ramię.
- To nie ważne. Ważne jest to, że jesteś.
Ściskam go jeszcze mocniej. Nie mam zamiaru go puścić. Mam najlepszego przyjaciela pod słońcem i nikt temu nie zaprzeczy. A jeśli to zrobi, walnę go podkową. Ale nie mam podkowy, więc but myślę, że starczy.
- Mam nadzieję, że to koniec wycieczki? – mówię przez łzy.
- A chcesz już wracać?
- Jestem czerwona jak burak i zapłakana. Dobrze by było.
Harry wzrusza ramionami i bierze „tort” w ręce. Wracamy na stację bogatsi o dziwne uczucie w brzuchu i kilkaset kalorii więcej.