czwartek, 9 maja 2013

Rozdział XXX


Dzisiaj próbowałam kształcić swą wiedzę i zaczerpnęłam dorobków renesansowej literatury. Postanowiłam przeczytać Romeo i Julię, jednak te zamiary, stanęły na pierwszej stronie, pierwszej sceny, pierwszego aktu. Zbyt monotonne.
Na razie nie mam planów. Pewnie jak zawsze wpadnie Harry, potem Tina z wrzaskiem i Liamem wbiegnie do mojego domu. Dzień jak każdy.
Chcę rzucić się na łóżko, jak te mega szczęśliwe dziewczyny w amerykańskich filmach, ale nie przemyślałam faktu iż ich łóżka są duże. Spadam na twarz i pod moją małą pryczą znajduję kilka ciekawych rzeczy. Opakowanie chrupków serowych, kapeć, futerał na telefon, trzy funty i siostrę. Olewam jej wrzaski z prośbą o pomoc bo chyba utknęła i rzucam się na łóżko (tym razem trafiam!). Wyjmuję swój nowy telefon i zaczynam się nim bawić. Nic absolutnie z niego nie rozumiem, bo przez całe swoje życie chodziłam z cegłą, wielkości Central Parku. Zaczynam stukać palcem po ekranie, mając nadzieję, że coś się stanie. Wyskakuje wielki napis ERROR i telefon się wyłącza. Jest mi smutno. Harry mi wszystko wyjaśni.
Schodzę do kuchni. Bonnie wyszła, nawet nie wiem gdzie, więc muszę sama o siebie zadbać. Jak wiadomo podstawą zdrowej diety są owoce i warzywa. Wyciągam z półki opakowanie chipsów ziemniaczanych i powoli konsumuję. Niestety paczka nie była pełna, więc mija chwila, a jedyne co mogę zjeść to okruchy. Lekko przygaszona otwieram szafkę pod zlewem i wyrzucam opakowanie do kosza. Słyszę lekkie „apsik” stamtąd, więc grzecznie odpowiadam „na zdrowie”. Potem jednak zamieram. Czy mój śmietnik właśnie kichnął? Otwieram szafkę. Schylam się, narażając przy tym swój kręgosłup na wieczne męki. W mojej szafce za śmietnikiem spokojnie siedzi sobie Niall.
- No siemanko – mówi.
- Cześć? – odpowiadam zdziwiona.
- Czemu masz taką minę?
HM. NIE WIEM.
- Co tu robisz? – pytam.
- Bawiłem się z Ann w chowanego. Ale chyba o mnie zapomniała.
- Ona utknęła pod moim łóżkiem.
Niall kiwa głową ze zrozumieniem, po czym wychodzi z szafki i wybiega z domu. Patrzę się za nim jak na idiotę i wzruszam ramionami. Okej. Zrozumiałam. Przynajmniej nie siedział tam w przebraniu jelenia…
Rzucam się na kanapę i zamykam oczy. Ostatnio w ogóle nie spałam, jestem padnięta.


Kiedy się budzę nade mną wisi ryba. Dynda sobie na sznureczku. Krzyczę z przerażeniem i słyszę śmiech Tiny.
- No cześć mała. W końcu wstałaś, a my mamy się zabrać za robienie cupcake’ów.
- To już? – przeciągam się.
- Pojutrze ślub. Mama je przetrzyma u siebie w pracy, a ja jutro nie mogę.
- Jak to pojutrze?! Przespałam jeden dzień?!
- Nicki. Mam to naprawdę gdzieś. Ale jeśli teraz nie ruszysz swojego szanownego dupska do mojego domu, poproszę Annabelle, aby ci je skopała.
Zrywam się z łóżka jak poparzona i idziemy do przedpokoju. Szybko wiążę Martensy i wychodzimy. Tina mieszka naprawdę blisko, więc mija minuta i jesteśmy na miejscu. Jej dom jest w kolorze brzoskwiniowym, ma duży ogród i biały płotek dookoła. Ja uważam, że jest śliczny, ale Tina tak czy siak, woli przesiadywać u mnie. Wchodzimy do środka i witam się z Tinową mamą. Sophie jest świetna, ma z moją przyjaciółką świetny kontakt. Pozwala jej robić praktycznie wszystko.
- Widzę, że ty też zrobiłaś sobie te niebieskie końcówki – dotyka moich włosów – Ślicznie wyglądacie.
- Dziękuję – uśmiecham się i idę za krzyczącą Tiną do kuchni. Wszystko jest już przygotowane, na blacie stoją produkty, miski, mikser i radio. Moja przyjaciółka włącza płytę Little Mix i podaje mi przepis. Miesza już w gigantycznej misce wszystkie składniki, a ja macham głową na boki w rytm piosenek.
- Może mi pomożesz śmieciu? – pyta.
- Świetnie dajesz sobie radę langusto.
Ciasto jest już gotowe. Ponieważ mama Tiny jest cukiernikiem, mają w domu mnóstwo foremek na babeczki, więc nie mamy problemu, choć ciasta są tony. Przelewamy je i nawet większość ląduje tam gdzie powinna! Z gracją kury po amputacji nóg wkładamy wszystkie foremki do piekarnika i idziemy na górę do pokoju Tiny. Panuje tu wieczny bałagan. Fioletowe ściany są obklejone licznymi plakatami, na łóżku jest tak samo mnóstwo rzeczy jak na moim, a biurko jest zawalone papierami. Jednak jest tu przytulnie :3
Siadam na wielkiej zielonej pufie, która jest moim stałym miejscem siedzenia, a Tina rzuca się na łóżko. Siedzimy w ciszy, a po chwili każda z nas olewa drugą i wchodzi na Twittera na telefonie. Śmiejemy się co chwila jak zarzynane kozy z autyzmem, po czym znowu następuje chwila ciszy.
- Ile mają się piec te babeczki? – pytam.
- Czterdzieści minut.
Tupię nogami w podłogę i chyba robię coś z paznokciem, bo słyszę śmieszne „pyk” i palec strasznie mnie boli. Robię minę kapucynki, bo jest mi smutno. Tina choć to zauważa ma moje cierpienie w nosie, jak zwykle z resztą. Wstaję z pufy i bez słowa wchodzę do garderoby. Tu jest tak dużo miejsca i mogę poszperać w rzeczach swojej przyjaciółki. Trafiam na jakąś dziwną bluzkę, którą dała jej Annabelle jakoś trzy lata temu, sukienkę, którą uszyłam jej na bal, a nawet na spodnie, które kiedyś oddała jej Bonnie. Ona ma więcej ciuchów od mojej rodziny, niż ja sama. To smutne.
Kiedy Tina wchodzi do garderoby leżę na ziemi zwinięta jak naleśnik w koc, który znalazłam.
- Minęło czterdzieści minut. Idziemy ozdabiać.
Wywijam się z koca jak motyl z poczwarki i zbiegam na dół jak głupia. W pieczeniu nie ma nic fajnego, ale chodzi o ozdabianie! Tina wyciąga z półek i szuflad, przeróżne posypki, lukry, kremy, figurki z czekolady itp.
No to bierzemy się do roboty!

Rozdział XXIX


- Nie wierzę, że ty to uszyłaś – mówi Perrie patrząc na sukienkę.
- Jestem świadkiem – podnosi rękę Tina.
- Ale… Jak?
Uśmiecham się, bo jeszcze nigdy nie dostałam tylu miłych słów. Każdy co chwila mówi, jaka sukienka jest śliczna.
- A co mówi Eleanor?
- Chce ją zobaczyć dopiero przed ślubem.
- A do ślubu pięć dni.
- Dokładnie.
Razem z dziewczynami obgadałyśmy kilka spraw i uznałyśmy, że w parku było by romantyczniej, ale ponieważ Louis jest sławny, bezpieczniej będzie wziąć ślub w  kościele. Ja nawet nie wiem jaki wybrały, w tym czasie zajmowałam się sukienką. Podobno wszystko już jest przygotowane, one wszystkim się zajęły. Mam nadzieję, że Eleanor się spodoba. Louis wybrał na drużbów Harry’ego, Zayna i Liama, tak żeby każda dziewczyna miała parę. Niall oczywiście się wkurzył, ale potem sam przyznał, ze byłoby mu głupio stać tam samemu.
Umówiłyśmy się z Tiną, że zrobimy dużo cupcake’ów i ciasteczek, a Perrie zajmie się słonymi przekąskami. Jedzenie, takie normalne (lol) dostarczy firma cateringowa.
Idziemy dziś we trójkę na zakupy, bo jak wiadomo musimy mieć takie same sukienki, a no cóż… nie mamy. Na początku dziewczyny chciały, żebym coś uszyła, ale mamy za mało czasu. Wbiegam do pokoju Bonnie, która z kacem leży rozwalona na podłodze (chyba spadła z łóżka).
- Wychodzę na zakupy!
Rodzicielka burczy coś w dywan, co rozumiem, jako „Oczywiście, weź sobie z mojego portfela troszkę pieniędzy”. Ale jako, że idealna ze mnie córka, nic jej nie zabieram, biorę tylko to, co dostałam na urodziny. Wołam dziewczyny i razem zbiegamy po schodach. Patrzę na buty każdej z nas i zauważam jak strasznie się różnimy. Ja mam miętowe martensy z jaskraworóżowymi sznurówkami. Tina fioletowe conversy, a Perrie czarno białe buty na wielkich obcasach, na których ja już dawno wylądowałabym grobie. Nigdy nie rozumiałam jak ciężar ciała może oprzeć się na takich dwóch małych tyczkach. Tajemnica dziewczyn innych niż ja.
Wychodzimy z domu i wsiadamy do auta Perrie. Nasza koleżanka nie należy do najostrożniejszych kierowców na Ziemi. Jedzie tak szybko, że w pewnym momencie słyszę jak Tina modli się o przeżycie. Ja tylko macham głową w rytm muzyki lecącej z radia. Lubię szybkie jazdy, choć czuję jakbym miała rzadziochę w gaciach.
W końcu jesteśmy na parkingu przy centrum handlowym. Perrie wygląda jak ósmy cud świata, ja wraz z Tiną jak wypłosze. Z lekkim jeszcze szokiem wchodzimy do centrum.
- Chodźcie tu! – Perrie ciągnie nas za ręce do sklepu, do którego normalnie nigdy w życiu bym nie weszła. Wszystko słodkie, różowe, bądź białe, z koronkami, bufkami itp. Przyglądam się z obrzydzeniem landrynkowo różowym sukienkom. Mija chwila, a Perrie podchodzi do nas z trzema identycznymi białymi sukienkami. Mają prostą górę i rozszerzany dół z tiulu. Wyglądają jak typowe sukienki królewny. Krzywię się lekko, ale Perrie wpycha mnie do przymierzalni. Z niechęcią wciskam się w sukienkę, poprawiam delikatnie i przeglądam się w lustrze. Wyglądam… wow. Wychylam głowę zza kotary i wołam dziewczyny. Te wychodzą w takich samych kreacjach. Kręcimy się, a sukienki razem z nami.
- Pezz, nie wiem jak je znalazłaś tak szybko, ale są idealne – mówię.
- Jestem mistrzem, wiedz to N! – krzyczy blondynka i z powrotem wchodzimy do przymierzalni. Zmieniam sukienkę na najlepsze na świecie przetarte jeansy i bluzkę Hazzy z logo Ramones. Wciskam stopy w Martensy, ale nie zdążam ich zawiązać, bo przeszkadza mi Tina, która wbija do mnie i wyciąga mnie z przymierzalni. Idziemy w kierunku kas i płacimy.
Już wiem, czemu nigdy w życiu nie kupowałam w tym sklepie. Z moich urodzinowych oszczędności zostało dziesięć funtów. Z jedną małą papierową torbą i smutną miną na twarzy wychodzę ze sklepu, za mną dziewczyny.
- Idziemy na kawę? – pyta Pezz.
- Herbatę.
Dziewczyny wzruszają ramionami i idziemy w kierunku Bubble Place, gdzie uwielbiamy siedzieć, bo jest tam miły wystój i pyszne napoje. Wchodzimy do środka i kiedy Perrie i Tina patrzą jeszcze na menu, ja bez wahania zamawiam największą herbatę o smaku melona z kuleczkami mango. Siadam przy małym stoliku i czekam na dziewczyny. Po jakimś czasie przychodzą i siadają obok mnie.
- Wszystko już zorganizowane? Na sto procent? – pytam.
- Na dwieście – mówi Pezz – Sprawdzałam listę, którą dała mi El z tysiąc razy.
- Ślub będzie piękny – dodaje Tina.
- Będzie PERFEKCYJNY! – poprawia Perrie.
Przychodzą nasze zamówienia, ja szybko popijam herbatę, a one kawy. Co chwila się wymieniamy, żeby posmakować innych smaków. Zawsze jak z nimi tu chodziłam, tak robiłyśmy.
Zaczynamy się obrzucać wszelkimi papierami znalezionymi pod ręką, a ludzi dziwnie się na nas patrzą. Wtedy zauważam mężczyznę, który je talerz. On go je. Gryzie i przełyka. Nie wiem, czy jest zrobiony z wafelka czy coś, no ale ON JE TALERZ, LUDZIE.
Co więcej, kiedy myśli, że nikt nie widzi, pakuje ten talerz do torby i z pośpiechem wychodzi.
??!!

------------------------------------------------------------------------------------------

Nie powiem, ta ostatnia akcja z talerzem wydarzyła się naprawdę xD
Śmiałam się jak głupia, jak on go jadł, a potem ukradł.
Co za ludzie xD
Dziękuję za wszystkie miłe oceny, jesteście najlepsi ;3

wtorek, 7 maja 2013

Rozdział XXVIII


Po urodzinach.
Bonnie śpi z Ann w moim pokoju, choć jest środek dnia, a ja wraz z Tiną, Liamem i Harrym siedzimy w salonie i rozpakowujemy prezenty.
- Weź ten, weź ten! – moja przyjaciółka podaje mi wielkie pudełko, zapakowane w wstrętny turkusowy papier. Biorę go i szybko rozrywam. W środku jest lampka z lawą i koperta. Uśmiecham się pod nosem i otwieram ją.
Mam nadzieję, że przyjdzie na czas, Bonnie jest beznadziejną listonoszką.
Zawsze marzyłaś o takiej lampce, więc proszę, oto ona!
Kocham cię mocno!
Sophie

Sophie to moja babcia, mama Bonnie. Ona też każe na siebie mówić po imieniu. Mieszka w Holmes Chapel i dość rzadko się widujemy. Do koperty dołączone jest pięćdziesiąt funtów, które odkładam na bok.
Teraz Harry podaje mi torebkę w mikołaje i renifery (jest lipiec). Wysypuję zawartość. Zabawkowy zestaw do projektowania ubrań. Na karteczce przywieszonej do torebki jest napisane „OD MACY <3”. Uśmiecham się pod nosem.
Następne pudełko podaje mi Liam. Jest malutkie, granatowe z kokardką na pokrywce. Otwieram je wolniutko. W środku jest śliczna srebrna bransoletka z małą przywieszką w kształcie serduszka.
- To ode mnie – mówi Harry – Popatrz na serce.
Przyglądam się dokładniej, a na samym środku przywieszki zauważam wygrawerowany napis
Od Harry’ego
Dla Nicki.
Przytulam go z całej siły i proszę o pomoc w założeniu bransoletki. Tina pospiesznie wpycha mi w ręce jakiś pakunek. Z uśmiechem rozrywam go.
- To od nas - mówi Liam wskazując na siebie i Tinę.
W środku jest przebranie jelenia, takie, jakie mają oni sami. No tak. Przytulam ich po kolei.
Następne prezenty zawierają:
- rysunek od Annabelle, przedstawiający smutną mnie obklejoną kupami (dzięki)
- pieniądze o łącznej sumie 250 funtów (centra handlowe, nadchodzę!)
- smartfona od Bonnie (tak, tak, tak!)
- różową, niebieską, fioletową i bordową tygodniową piankę do włosów od Zayna i Perrie,
- koszulkę z marchewką tańczącą breakdance od Nialla,
- i płytę One Direction od Louisa i Eleanor.
Śmieję się z ostatniego prezentu, bo kiedy zaglądam do środka, zauważam, że Lou zebrał autografy wszystkich chłopców na książeczce i napisał „Dla naszej najwierniejszej fanki”.
Wyrzucam wszystkie papiery do kosza. Bawimy się przez chwilę lampką na lawę, aż wzrok Tiny nie zatrzymuje się na piankach do włosów.
- Użyjmy ich! – patrzy na mnie.
- Serio? – uśmiecham się.
- Tak! Na końcówki! Niebieską! Co tydzień będziemy miały inne!
Chwytam piankę z podłogi, biorę Tinę za rękę i biegniemy do łazienki. Na szczęście nasze włosy można zaliczyć do ciemnych, ale na tyle jasnych, że widać na nich kolor. Bonnie mnie zabije, ale co tam. Moczymy włosy i nakładamy piankę. Czekamy chwilę i kiedy znów patrzymy w lustro mamy niebieski końcówki. Wyglądają świetnie! A pianki zostało jeszcze bardzo dużo.
Wychodzimy z łazienki i pokazujemy nasze dzieło chłopakom. Klaszczą nam, a my się teatralnie kłaniamy.
Nagle dostaję olśnienia.
- Tina?
- Tak Nicki?
- Przepiankujmy się na ślub Eleanor i Louisa na różowo żeby pasowało do sukienki panny młodej.
- To najgłupszy pomysł jaki wymyśliłaś.
- Czyli się nie zgadzasz? – spuszczam głowę ze smutkiem.
- Zwariowałaś?! To najgłupszy pomysł, ale i my nie jesteśmy normalne!
Zaczynamy piszczeć i skakać jak idiotki. Nie wyobrażam się sobie w różowych włosach. Jednak chcę spróbować.
- Jesteście szalone – śmieje się Harry.
- No co ty?! – rechoczemy z Tiną robiąc głupie miny.
Zaczynamy skakać po całym salonie jak głupie i wydajemy odgłosy różnych zwierząt. Skaczemy na kanapie, chodzimy po stole. Nagle z niego spadamy i kiedy leżymy na ziemi, chce nam się jeszcze bardziej śmiać.
- Jestem głodna – mówi nagle Tina.
- Ja też. Idziemy zrobić płatki?
Moja przyjaciółka kiwa głową i wstajemy. Idziemy do kuchni, czując na sobie lekko przerażony wzrok chłopaków. Śmiejemy się jak głupie i robimy sobie płatki. Za każdym razem jak łyżka wędruje którejś do buzi, druga robi idiotyczną minę, przez co tamta się krztusi. Dziwi mnie to, że większość płatków nie wylądowała na stole. Najedzone wracamy do salonu, gdzie chłopcy rozmawiają o piłce nożnej. Przewracamy oczami.
Ci to są szaleni.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Niedługo 1000 wyświetleń *-*
Dzięki, dzięki, dzięki <3
Może niedługo nawet zrobię jakiś konkurs <3
Kocham was <3

poniedziałek, 6 maja 2013

Rozdział XXVII


Po nadzwyczajnym okazaniu miłości przez Bonnie i wypiciu przeraźliwie wyglądającego koktajlu wraz z Harrym wybraliśmy się na spacer. Kilka osób zrobiło sobie z nim zdjęcie, a ja stałam na uboczu i się uśmiechałam. Dziwnie jest patrzeć jak twojego chłopaka przytulają kompletnie obce dziewczyny, ale chyba taka jest cena chodzenia z kimś sławnym. Nawet jedna z nich chciała zdjęcie ze mną, jako najlepszą przyjaciółką jej idola. To było słodkie.
Nie ważne, kto co powie, ale Harry jest najlepszym chłopakiem na Ziemi! Na każdym kroku powtarza mi jak bardzo mnie kocha, choć na razie nie chcemy tego ogłaszać, bo wiadomo jak by się to skończyło. Nie miałabym życia prywatnego. A co jak co, bardzo cenię sobie swoją prywatność i nie wyobrażam sobie, być jednym z chłopców choć na jeden dzień.
- Wracamy już? – pyta Harry.
- Tak. Nogi mnie cholernie bolą.
Wciąż trzymając się za ręce kierujemy się w stronę mojego domu. Nie wiem czemu, Harry co chwila histerycznie spogląda na telefon. Kiedy słyszy wibrację odczytuje smsa i mówi:
- Musimy iść do sklepu!
Patrzę tylko na niego pytająco.
- Bonnie napisała… Skończył się wam… Papier.
Kiwam lekko głową. Okej. Papier się skończył. Mhm. Wchodzimy do pierwszego lepszego sklepu i Harry znowu dostaje smsa.
- Okej, możemy już iść! – mówi i ciągnie mnie za rękę do domu.
- Ale… Papier.
- Bonnie wzięła od… Pani Stacy! Tak! Od niej!
Patrzę się na niego dziwnie, ale potem wzruszam ramionami. Nie sądziłam, że kobieta, żyjąca w domu o warunkach bunkra i gotująca zapewne w wielkim kotle stojącym na środku kuchni, posiada coś takiego jak papier toaletowy. Myślałam, że podciera się gazetami, czy czymś tam. No ale okej.
Tuż przed domem zatrzymuje nas jakiś chłopak. Pyta się o zdjęcie, ale nie Harry’ego tylko mnie. Mówi, że jestem ładna i jest turystą i chciałby zdjęcie z ładną Brytyjką. Patrzę się na niego jak na osobę psychiczną i ten chyba rozumie, że moja odpowiedź brzmi „nie”. Odchodzi lekko przygaszony, a ja i Hazza się śmiejemy. Otwieram furtkę i podchodzimy do drzwi wejściowych. Za pomocą kluczy znalezionych w kieszeni, szybko je otwieram i wchodzimy do środka. Jest już wieczór, więc w domu jest strasznie ciemno. Zapalam światła, a wtedy zza wszystkich mebli wyskakują ludzie i krzyczą:
- NIESPODZIANKA!
Na początku nie wiem o co chodzi. Potem jednak zaczajam, jaki dzisiaj dzień. Moje urodziny!  Uśmiecham się perliście do wszystkich, a jest ich MNÓSTWO i dziękuję każdemu, kto tylko obok mnie przejdzie. Tina z urodzinową czapeczką na głowie podchodzi do mnie i mocno mnie przytula. Krzyczy mi coś do ucha, ale na tyle nie wyraźnie, że nie rozumiem nic a nic.
- Patrz – mówi zrezygnowana i wskazuje na stół. Jest cały zawalony prezentami. Tak jak w amerykańskich filmach na Super Słodkich Szesnastkach. Otwieram buzię ze zdziwienia i radości.
- Wszystkiego najlepszego – Harry całuje mnie w główkę.
- Kto to zorganizował? – pytam z wielkim uśmiechem.
- A jak myślisz? – mój chłopak puszcza mi oko.
Przytulam go z całej siły dziękuję. Powtórzę to drugi raz. Jest najlepszy na świecie!  Podchodzi do nas Bonnie, która wygląda jakby piła za czterech. Kiwa się na różne strony i chichocze.
- Nicki! Moja dziewczynka! Moja duża, o rok starsza dziewczynka! – głaszcze mnie po głowie.
- Bonnie… Może idź się połóż? – mówię cicho.
- Nie! Noc jest młoda i ja jestem młoda! Chcę się bawić! – krzyczy i tanecznym krokiem odchodzi.
Harry chichocze cicho, a ja daję mu kuksańca. Rozglądam się po gościach. Większość z nich to znajome twarze, jednak znajdą się i tacy, których nigdy w życiu nie widziałam. Uśmiecham się miło do wszystkich jak na dobrego gospodarza przystało i nagle cichnie muzyka. Patrzę się na środek pokoju, gdzie Tina z trudem próbuje wejść na stół.
- Jak wiecie – zaczyna – dzisiaj urodziny ma Nicki. Moja przyjaciółka, dobra znajoma wielu z was, po części członek rodziny. Kocham ją. Co mogę powiedzieć. Więc Nicki, mam nadzieję, że zdechniesz szybko. Dziękuję!
Wszyscy jej klaszczą. Także dołączam się do owacji, choć życzono mi przedwczesną śmierć. Ale Tina to Tina. Jej klaskałam nawet, jak jako Julia wypadła z wieży prosto na Romea, powodując przy tym połamanie się sceny. Bo na tym polega przyjaźń, prawda?
Ktoś przytula mnie mocno od tyłu. Na początku myślę, że to Harry, ale dopiero po chwili widzę, że stoi obok mnie. Odwracam się, a spod za dużej czapeczki urodzinowej promiennie uśmiecha się do mnie Niall. Ściskam go.
- Sto lat Nicki! – mówi i ktoś go odpycha. Z tłumu wychodzi Louis trzymający za rękę Eleanor.
- Szczęścia kochana! – dziewczyna przytula mnie mocno, a ja do uścisku dołączam jeszcze chłopaka.
- I nawzajem – szczerzę się do nich obojga.
Para rumieni się lekko. Louis idzie w stronę stołów z napojami.
- Uszyłam sukienkę – szepczę do Eleanor – Pokazać ci?
- Nie. Zobaczę ją dopiero przed ślubem – dziewczyna uśmiecha się i odchodzi.
Odwracam się do Harry’ego, który pokazuje wszystkie swoje śnieżnobiałe ząbki w wielkim uśmiechu.
- Zatańczysz? – pyta.
- Oczywiście.
Obejmuje mnie w talii, ja zarzucam mu ręce na ramiona. Zauważam, że obok nas tańczy Tina z Liamem. Wtedy zaczyna lecieć Same Mistakes. Uśmiecham się pod nosem.
Nasza piosenka.

piątek, 3 maja 2013

Rozdział XXVI


TRZY TYGODNIE.
Trzy tygodnie szyłam tą cholerną sukienkę. Jednak nie spodziewałam się, że wyjdzie tak ładnie. (KLIK ;3) Na szczęście Tina ma dokładnie takie same wymiary jak Eleanor, więc to na niej mogłam robić przymiarki.
Bonnie już wróciła i także bardzo mi pomagała. Ona zna się na takich rzeczach, więc radziła mi jak zmienić kilka rzeczy, żeby sukienka była jeszcze ładniejsza. No i motywowała mnie rzucając we mnie jakimiś ciężkimi rzeczami, kiedy chciałam przestać szyć. Przez te trzy tygodnie kompletnie odcięłam się od świata towarzyskiego, Harry i Tina tylko wpadali od czasu do czasu. Nie wiem jak dziewczynom poszło z organizacją ślubu, czy udało im się wszystko załatwić. Mam tylko nadzieję, że poza sukienką w nic mnie nie wrobiły, kiedy udawałam, że je słucham.
- Nicki? Chłopak idealny do ciebie przyszedł – Bonnie zagląda do mojego pokoju, kiedy leżę padnięta na łóżku.
- Cześć mała – wchodzi Harry i siada obok mnie. Przytulam go mocno i zaciągam się zapachem jego wody po goleniu.
- Słyszałem, że skończyłaś sukienkę. Mogę zobaczyć?
Wskazuję ręką na szafę. Harry podchodzi tam i otwiera drzwi. Nie sposób nie zauważyć tej sukienki, wręcz wylewa się z szafy. Wyjmuje ją i patrzy z oszołomieniem.
- Jesteś pewna, że TY ją uszyłaś?!
- Oczywiście. Tymi dłońmi! – wyrzucam ręce w górę.
- To jest… To jest niesamowite, serio. W sklepie nie znaleźlibyśmy czegoś lepszego.
Uśmiecham się szeroko.
- A wiesz może jak dziewczynom poszła organizacja? – pytam.
- Ślub na czterysta osób, w parku, na tej polance, gdzie często chodziliśmy z Pear, potem przenosimy się do hotelu i tam będzie wesele.
- CZTERYSTA OSÓB?!
- Żartuję – Harry się śmieje – El i Lou poprosili skromny ślub, Perrie zrobiła listę na około czterdziestu ludzi. Najbliższa rodzina i znajomi. A wesele będzie w ich domu.
- A co z… No wiesz… Paparazzi?
- Też się nad tym zastanawiałem i chyba lepiej byłoby wziąć ślub w kościele, co?
- Byłoby bezpieczniej. Pogadam potem o tym z dziewczynami.
- A tak ogólnie, to wszystko jest gotowe. Na upieczenie tortu zgłosiła się mama Tiny, jedzenie przygotuje Perrie i Zayn, Liam i Niall robią dekoracje, ty uszyłaś sukienkę, a ja zajmuję się muzyką.
- Będziesz śpiewał? – szczerzę się.
- Haha nie! Bez chłopaków, nigdy w życiu! Będzie Dj.
Udaję smutną. Wiem tylko, że namówię Hazzę na zaśpiewanie, choć jednej piosenki na weselu. Wiem to!
- Nie mogę się doczekać ich ślubu – uśmiecham się pod nosem.
- Ja też. Louis to mój najlepszy przyjaciel, a Eleanor go uszczęśliwia.
Wstaję i przytulam go z całej siły. Jest taki kochany.
- Nicki… A ty chciałabyś wziąć ze mną ślub?
Puszczam go i patrzę jak na idiotę.
- Nie teraz oczywiście! Ale za kilka lat.
- Czemu nie? – szczerzę się.
- MOJE KOCHANE DZIECKO I NICKI! NA DÓŁ, OBIAD JEST! – słyszymy Bonnie.
Spuszczam głowę z rezygnacją, że moja rodzicielka nigdy nie pokocha mnie bardziej niż Harry’ego. Wychodzimy z pokoju i zbiegamy po schodach.
- Co jest do jedzenia? – pytam kiedy jesteśmy już w kuchni.
- Jakaś niezidentyfikowana maź o kolorze kupy i konsystencji jakby ktoś to zjadł i wydalił. Annabelle gotowała.
Oboje patrzymy się na nią z lekko przerażoną miną.
- I my mamy to zjeść tak?
- Jest całkiem smaczne, choć nie wiem co to – Bonnie wzrusza ramionami.
Harry podchodzi do miski i zanurza w tym czymś palec. Potem oblizuje go i robi całkiem zadowoloną minę.
- Jest słodkie, ma słaby posmak banana i mleka. Tak jakby Ann chciała zrobić koktajl bananowy z kakao.
Zanurzam palca i próbuję. Rzeczywiście jest całkiem smaczne, choć wygląda jakby koza z biegunką narobiła nam do miski. Nalewam sobie TEGO trochę do szklanki i piję powoli.
- I to jest obiad? – patrzę na Bonnie.
- Nie zdążę nic dzisiaj zrobić, wychodzę z Sarą.
Sara to mama Tiny. Nasze mamy się przyjaźnią i my się przyjaźnimy.
- To ja coś zrobię.
Bonnie patrzy na mnie jakby objawiła jej się Matka Boska.
- Serio?
- No… Tak. Coś muszę jeść nie?
- Dziękuję, dziękuję! – Bonnie podbiega do mnie i robi coś czego po niej się nie spodziewałam.
Ona mnie przytula.
Patrzę na nią z otwartą ze zdziwienia buzią i także ją ściskam. To chyba pierwszy raz w przeciągu kilku lat, kiedy jest dla mnie miła.
Ale fajne uczucie, mhmm :3

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ta da ;-;
Na razie kompletnie wysiadają mi pomysł na pisanie, więc przepraszam, że rozdziały są takie z dupy ;-;

Rozdział XXV


Nie wiem ile ślęczałam nad projektem sukienki, ale jestem z niego cholernie dumna. W pewnym momencie Tina stała nade mną i podawała mi wszystko, czego potrzebowałam. Byłam w transie. Jednak jestem niezmiernie dumna z tego, co mi wyszło. Sukienka nie jest do przesady ozdobna, ale, no… śliczna. Mam tylko nadzieję, że Eleanor się spodoba. Jeśli zatwierdzi projekt od razu lecę do pasmanterii po potrzebne materiały. A będzie ich BARDZO dużo.
- Nicki, dzwonić do El? – pyta Harry.
Kiwam głową. On pomagał mi przez cały czas. Dawał sugestie, krzyczał na mnie jak się leniłam, bądź karcił, jak co chwila czymś rzucałam.
Harry rozmawia przez telefon, a ja robię ostatnie poprawki projektu. Tak bardzo chcę żeby był idealny!
Słyszę dzwonek do drzwi, co daje mi dwa powody do zdziwienia. Po pierwsze, to pewnie El, ale tak szybko? I po drugie, nawet nie wiedziałam, że u mnie w domu jest dzwonek. Zawsze każdy wchodził, kiedy chciał.
Idę do drzwi i je otwieram. Oczywiście, to uśmiechnięta od ucha do ucha Eleanor. Wpuszczam ją do środka i wskazuję miejsce na kanapie. Dziewczyna siada i patrzy na mnie z oczekiwaniem. Podaję jej kartkę i na wszelki wypadek odwracam wzrok. Liczę do dziesięciu, żeby się uspokoić. Znów patrzę na El. Płacze.
- Co jest? Aż tak źle? – zaraz chyba się popłaczę.
- Żartujesz? To najpiękniejsza sukienka, jaką widziałam – przytula mnie z całej siły.
- A może być jasnoróżowa? – pytam z uśmiechem.
- Tak będzie jeszcze piękniejsza!
Przytulamy się z całej siły, a Eleanor wstaje i mówi, że musi już iść.
- Ja też! Muszę kupić materiały na sukienkę!
Dziewczyna uśmiecha się i daje mi plik banknotów. Zdziwiona patrzę to na swoją dłoń to na nią.
- Ale… Ale…
- Chyba nie myślałaś, że za wszystko zapłacisz ze swojej kieszeni głuptasku?
TAK WŁAŚNIE MYŚLAŁAM.
- Nie ważne. Powinno ci starczyć, jak coś to dzwoń – El daje mi buziaka w policzek i wybiega z domu.
Harry do mnie podchodzi i przytula mnie od tyłu.
- Podwieźć cię do pasmanterii?
- Przejdę się – całuję go w główkę.
- To idę z tobą – wzruszam ramionami i idę ubierać buty.
Stawiam na miętowe Martensy, od Harry’ego i widzę, że mój chłopak na sam ich widok się uśmiecha.

Mój chłopak.
Kjwfqriwfnhpli.
Zabieram z wieszaka pomarańczową bluzę i zarzucam ją na siebie. Wychodzimy z domu. Harry łapie mnie za rękę, co sprawia, że lekko się rumienię, ale nie puszczam jego dłoni. Kilka dziewczyn, które przed chwilą jeszcze się śmiały, teraz płacze i robi nam zdjęcia. Zakładam kaptur, Harry idzie w moje ślady.
- Przepraszam cię za to – szepcze.
- Za co?
- Teraz jak jesteśmy razem, pewnie nie będziesz miała nawet chwili prywatności…
- Kocham cię, tak? Zniosę to – zapewniam go.
Harry obejmuje mnie jedną ręką w talii i dalej idziemy przed siebie. Zauważamy małą grupkę ludzi z aparatami.
- Nie wierzę – szepcze Hazza.
- Trzeba ich ominąć – ciągnę go w kierunku małej uliczki. Idziemy na około, przez co nasza trasa wydłuża się o jakieś dwadzieścia minut, ale warto.
Po pewnym czasie dochodzimy do małego sklepu. Harry otwiera przede mną drzwi. Dziękuję mu, kłaniając się lekko, śmiejemy się i wchodzimy. W środku jest tylko sprzedawczyni z mniej więcej trzynastoletnią dziewczynką, zapewne córką. Podchodzimy do lady. Dziewczyna zaczyna skakać i piszczeć. Zaciskam powieki  i uśmiecham się.
- Czyżby directionerka? – pytam.
- Tak, tak, tak, tak! –krzyczy –Mogę prosić o zdjęcie?|
Harry wzrusza ramionami i podchodzi do dziewczyny. Sprzedawczyni robi im zdjęcie.
- Jesteś jego dziewczyną? – pyta mnie.
Patrzę się na Harry’ego, a ten kiwa głową z uśmiechem.
- Tak. Ale na razie nikt o tym nie wie, więc to będzie nasza mała tajemnica, dobrze? – uśmiecham się do niej.
Dziewczyna udaje, że zapina buzię na zamek. Harry głaszcze ją po głowie, a ta powstrzymuje się przed piskami i płaczem.
- Mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie? – pyta mnie – Jak już będziesz sławna to będę mogła szpanować przed koleżankami.
Śmieję się, ale staję obok niej i uśmiecham się do obiektywu trzymanego przez jej mamę.
- To może my już kupimy to co potrzebujemy… - mówię cicho.
- Oczywiście! – piszczy sprzedawczyni.
Mówię ile dokładnie materiału potrzebuję, jakich kolorów, ozdób itp. Wychodzi tego MNÓSTWO. Na początku boję się, że nie starczy mi pieniędzy, które dostałam od Eleanor, ale jeszcze dużo mi zostaje. Kupuję jeszcze trochę materiału na zapas, gdyby coś mi nie wyszło. Dziękujemy słodko i wychodzimy z pasmanterii.
Harry pomaga mi nieść to wszystko, bo troszeczkę waży. Znowu idziemy naokoło, żeby mieć pewność, że nie natkniemy się na paparazzi.
- Ile zajmie ci uszycie sukienki?
- Bardzo dużo czasu.
- Czyli nie spotkamy się dzisiaj? – Harry spuszcza głowę.
- Wolałabym mieć to za sobą, żebyśmy potem mieli dużo wolnego czasu.
Harry przytula mnie i patrzy mi prosto w oczy.
- Więc co teraz? – pyta.
- Teraz? Teraz zabieram się w wir pracy.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

TAKIE TAM HEHE WYPOCINY ;-;
Pozdrawiam najwspanialszą  <3

czwartek, 2 maja 2013

Rozdział XXIV


- Że co? – otwieram buzię ze zdziwienia.
- Coś się stało? – Eleanor ma minę jakby chciała się rozpłakać.
- Nie! Co ty! Cieszę się! Bardzo! Ale to był szok – podchodzę do niej i mocno ją przytulam.
- To dobrze. Bo chciałabym, żebyś ty, Perrie i Tina byłyście moimi druhnami.
Dziewczyny zasłaniają buzię z przejęcia, a ja wręcz płaczę ze szczęścia. Wszystkie podchodzimy do niej i ściskamy ją jak głupie. Chłopcy przybijają z Louisem piątki i biją się z nim lekko po ramieniu.
- Będziesz miała idealny ślub! Już my o to zadbamy! – krzyczy Perrie, a ludzie dziwnie się na nas patrzą. Ale my nie zwracamy an to uwagi, tak strasznie się cieszymy. Chyba nawet bardziej od Eleanor.
Siadam z powrotem na swoim miejscu i widzę lekko zasmuconą minę Macy. Tylko jej El nie wybrała na druhnę. Ale w sumie w ogóle jej nie zna.
Jejku jestem taka szczęśliwa! Harry ściska moją rękę pod stołem. Uśmiecham się do niego szczerze. On nagle wstaje.
- Może to nie jest równe temu, co wy ogłosiliście – patrzy na Lou i El – Ale ja i Nicki jesteśmy razem – mówi i siada.
Znowu okrzyki radości. Przytulam wszystkich po kolei, najdłużej Eleanor, która szepcze mi cicho „Wiedziałam”. Kolejna osoba na LLKSNJDSŻJZWSNP.
Kiedy wszyscy już są spokojni, przychodzą nasze zamówienia. Dostaję upragnione pierogi z jagodami, a Tina spaghetti. Innych potraw nie potrafię zdefiniować.
Jest mi głupio, bo każdy (oprócz Tiny) je elegancko, a mi albo pieróg ucieka z talerza, albo jagody rozlewają się po całej jego powierzchni. Harry patrzy się na mnie z uśmiechem. W końcu nabijam pieroga na widelec i wpycham sobie całego do buzi. Zwycięstwo! Kilka ludzi patrzy na mnie dziwnie, ale ja tylko uśmiecham się do nich i dalej jem swoim sposobem. Gorzej ode mnie chyba konsumuje tylko Tina, która się nie krępuje i zamiast grzecznie nawijać makaron na widelec pakuje sobie kupę klusek do buzi. Patrzy się na mnie, kiedy makaron jej z niej wypada, a ja uśmiecham się do niej czując, że mam jagody na zębach. Śmiejemy się pod nosem.
- A tak przy okazji, kiedy chcecie wziąć ślub? – pyta Zayn.
- Za miesiąc – odpowiada Lou.
Wszyscy patrzymy na niego ze zdziwieniem.
- TAK MAŁO CZASU DAJECIE NAM NA JEGO PRZYGOTOWANIE?! – krzyczymy z Perrie.
- Na pewno dacie radę – uśmiecha się El.
- Tak. Pomożemy wam – mówi Zayn w imieniu wszystkich tu obecnych.
- To my musimy już planować! – zrywa się Tina.
- Prawda! – mówię i wstaję, a za mną Perrie.
Łapiemy się za ręce i w podskokach wybiegamy z restauracji. Kiedy jesteśmy już na zewnątrz Perrie śmieje się perliście.
- Świetny pretekst żeby wyjść z restauracji! Strasznie tam nudno! – kiwamy zgodnie głowami.
Siadamy na pobliskiej ławce, a Tina wyciąga z torby wielki notatnik, który zawsze ma przy sobie i zaczyna robić notatki.
- Pierwsza sprawa, goście. Kto zrobi listę? – pyta.
- Ja mogę się tym zająć – zgłasza się Perrie – Mamy dużo wspólnych znajomych.
Tina coś zapisuje. Po czym znowu podnosi głowę.
- Miejsce? – pyta.
- Może park? Rozstawi się tam wszystko, ławki, jakiś łuk i tam by wzięli ślub. Byłoby słodko – proponuję.
Dziewczyny uśmiechają się. Tina znowu coś bazgrze.
- Sukienka?
- Wydaje mi się, że El powinna ją wybrać. A z resztą to dość droga inwestycja – mówi Perrie.
Moja przyjaciółka spuszcza głowę ze zmartwieniem. Potem jednak dostaje olśnienia, wstaje i patrzy na mnie.
- TY ją uszyjesz!
- Co? – otwieram buzię ze zdziwienia.
- To będzie świetne! Wykażesz się, postawisz przed sobą wyzwanie, pokażesz swój projekt dużej ilości osób!
Zastanawiam się nad tym. Uwielbiam szyć i w sumie idzie mi to bardzo dobrze, ale nie wiem, czy w miesiąc zdążę wszystko załatwić. Projekt, materiały, czas. Jednak, kiedy głębiej się nad tym zastanawiam uznaję to za dobry pomysł.
- Okej. Zrobię to.
Dziewczyny ściskają mnie i planują coś dalej, jednak ja ich nie słucham. Moją myśl zaplątuje jedynie sukienka dla Eleanor. Nie chciałabym zrobić czegoś na przesadnie ozdobnego, ale prosta też nie może być. Biała? To trochę oklepane, myślę o delikatnym różu, bo to ulubiony kolor panny młodej (jak to słodko brzmi, panna młoda, ahh :3). Nie wiem czy jej się spodoba, więc najpierw będę musiała pokazać jej projekt. Zrobienie go nie zajmie mi dużo, jednak moje zdolności plastyczne są zerowe. Moja ostatnia próba narysowania martwej natury, została zinterpretowana przez Bonnie, jako żyrafę przy wodopoju, a cały mój „sprzęt malarski” jest równy jednemu ołówkowi znalezionemu pod łóżkiem.
Ale narysuję tą sukienkę. Dla Eleanor! Obiecałyśmy jej, że jej ślub będzie idealny i dotrzymamy słowa.
Kiedy z chęcią do walki wstaję z ławki zauważam, że dziewczyn przy mnie nie ma. Znowu zostałam sama. To takie kochane z ich strony.
Widzę, że Harry wychodzi z restauracji i uśmiecham się na ten widok. Siada obok mnie.
- Jak tam planowanie? – pyta z tym swoim boskim, łamiącym żebra uśmiechem.
- Zostałam wrobiona w uszycie sukienki – szczerzę się.
Harry patrzy na mnie zszokowany, ale chyba jest ze mnie dumny, że podjęłam się takiego zadania. Zaczyna padać, ale nie chowamy się przed deszczem. Oboje go lubimy i tylko uśmiechamy się jak głupi do sera. W końcu wstaję i zaczynam tańczyć. Harry do mnie dołącza. Nie wiadomo skąd i jak, ale słyszymy Little Things. Kładę mu ręce na ramionach, a on obejmuje mnie w talii.
- Zaśpiewaj mi – proszę.
Harry patrzy się na mnie z uśmiechem, jednak spełnia prośbę. Uwielbiam słuchać jego głosu, a w tej piosence, to już w ogóle. W czasie refrenu przerywa i patrzy się na mnie. Nasze twarze coraz bardziej się do siebie zbliżają. W końcu łączymy się w długim pocałunku. Słyszę wiwaty i odrywamy się od siebie.
Przed restaurację stoją nasi przyjaciele i patrzą się na nas z radością. Łapię brzegi kurtki Hazzy i opieram głowę o jego klatkę piersiową.
Wspaniały dzień.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bigoooos ;3
Kto spamował na Twitterze, jest najlepszy :D