środa, 10 kwietnia 2013

Rozdział XVIII


Gotuję.
Ja.
W kuchni.
Jedzenie.
Ja.
JA!!!!
Niall kazał mi sobie gotować. Waleniec jeden. Więc zrobiłam mu naleśniki, sałatkę owocową i gofry. TO jedyne rzeczy, które umiem przyrządzić i są jadalne. Niall na pewno będzie narzekał, że nie smakuje jak w Nandos, ale mam to w nosie. Ma zjeść wszystko! I jeszcze pochwalić!
- Nicki, twoja siostra tnie dywan- szepce Niall wskazując gdzieś za mnie.
- Tak, kiedyś pocięła wszystkie firanki, obrusy i prześcieradła, jak zniknie jeden dywan nic się nie stanie.
Niall wzrusza ramionami i zabiera się za jedzenie sałatki owocowej. No cóż, w moim przypadku sałatka owocowa składa się z tego, co miałam, czyli… z ogórków, marchewek i jabłek. Ale chyba mu smakuje. Przynajmniej nie wymiotuję, a to już połowa sukcesu. Zauważam Pear, która smętnie podchodzi do swojej miski.
- Co pieseczku? Chcesz amciu? – ta w odpowiedzi puszcza bąka, więc odbieram to, jako „tak”. Wyjmuję z szafki jej suche jedzenie i wsypuję miarkę do miski. Nigdy nie zapomnę jak Ann myślała, że to płatki i wymiotowała przez trzy dni. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Serio. A jak zwymiotowała na ulubione buty Bonnie padłam na ziemię w wielkim spazmie i rechotałam jak jakaś wściekła wiewiórka.
Wtedy Niallowi dzwoni telefon.
- Halo?... Nie mogę… Jestem u Nicki… Tak… No bo ty uciekłeś!... Okej… Pa.
- Harry? – pytam.
Niall kiwa głową.
- Pójdziemy na miasto?
- Okej. O której? – aprobuję jego pomysł.
- Tak mniej więcej za godzinę?
- Dobra. Zdążę wszystko zrobić.
Od razu biorę się do roboty. Muszę się przebrać, uczesać Ann, bo idzie na piknik do koleżanki, wybrać jej ubranka, zrobić jej coś do picia na drogę. Tia.
Szybko biegnę na górę i wbijam do pokoju siostrzyczki jak jakiś dziki dzikus. Mała siedzi przy szafie na kolankach i płacze.
- Co się stało? – siadam obok niej.
- Moja bluzeczka się porwała – łka.
Dzieci to mają problemy.
- Daj- zabieram jej coś o wyglądzie różowej szmaty i idę do pokoju. Włączam maszynę do szycia, która zawsze jest przygotowana na moim biurku i biorę się do zszycia dziury. Idzie szybko, bo nie jest taka duża. Podnoszę swoje dzieło na wysokości oczu i dumna z siebie wracam do pokoju siostry. Rzucam w nią bluzeczką, a ta aż spada na plecy. Śmieję się jak głupia dopóki nie dostaję kapciem. Robię pięć głębokich oddechów i znów siadam obok Ann.
- Co chcesz założyć?
- Tą bluzkę – wskazuję na zszytą przeze mnie szmatkę – fioletowe spodenki i pantofelki.
Wyjmuję z szafy wszystkie wybrane przez nią ubrania (wszystkie są szkaradne i o kolorze pofarbowanego pudla) i podaję jej. Mała zrzuca z siebie ubrania, a ja krzywię się lekko i odwracam wzrok. Kiedy znów na nią patrzę jest już ubrana i choć ciuchy były wstrętne, ona sama wygląda w nich jak aniołek. A długie, falowane blond włosy i wielkie niebieskie oczy, jeszcze jej w tym pomagają.
- Uczesać cię? – pytam.
- Tak! W warkoczyki!
Krzywię się lekko, bo miałam nadzieję, ze powie „Nie!”, albo „Tak, w kucyka” bo to jedyna fryzura, do której mam cierpliwość. Podchodzę do jej biurka i biorę dwie wielkie różowe gumki i zakładam je na ręce. Staję za nią i zaczynam ją czesać.
- O której mam cię odebrać? – zagaduję.
- Jutro. Zostaję na noc, mówiłam ci.
Więc do mojej listy dochodzi jeszcze spakowanie jej, bo nie ufam swojej siostrze. Raz do kolegi wzięła maszynkę do golenia i zgoliła mu wszystkie włosy na głowie.
Dumna wiążę drugiego warkoczyka i stwierdzam, że nie wyszły chyba takie złe.
- Idź poproś Nialla, żeby zrobił ci sok – mówię i wypycham ją z pokoju.
Do jej różowego plecaczka (też kiedyś lubiłam ten kolor, no ale bez przesady!) pakuję bluzkę z misiem, jeansy i bieliznę na jutro. Idę do łazienki i dorzucam szczoteczkę do zębów i szczotkę do włosów. Wchodzę do swojego pokoju i postanawiam być przemiłą siostrą. Ze swojej tajemnej skrytki (o której wie każdy, tak na marginesie) wyjmuję opakowanie żelków, pastylek miętowych i krakersów Ritz i wkładam jej do tobołka. Schodzę na dół, skąd słyszę piski i wrzaski Nialla.
Okazuje się, że moja pełna uroku siostrzyczka wskoczyła mu na plecy, kiedy ten robił jej sok. Ignoruję to i podchodzę do sokowirówki, by go dokończyć. Swoje dzieło wlewam do plastikowego bidonu z Barbie i także wkładam go do plecaka. Podaję go siostrze.
- Kiedy przyjedzie mama Rachel?
- Niedługo! – zapewnia mała.
- Niall idę się przebrać, przypilnuj Ann, dobrze? Dzięki! – mówię i wybiegam z kuchni.
- NIE JESTEM PEWIEN! – słyszę wrzask kolegi, ale zaraz przestaje. Pewnie stracił przytomność, czy coś w tym guście. Wchodzę do pokoju i zamykam się od środka. Z szafy wyjmuję za duży T-shirt i czarne spodnie. Szybko się przebieram i schodzę na dół. Niall jest przywiązany do krzesła i ma jabłko w buzi. Bełkocze coś. Chyba chodzi mu o „ratuj”.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czwarty rozdział wrzucony dzisiaj ;_;
Nie miałam internetu przez dwa dni i tylko pisałam, nic więcej .
Na razie koniec tego spamiku, może jeszcze coś dzisiaj wrzucę.
Pozdrowionka lecą do :
 
  <3
Dziękuję wszystkim, którzy czytają moje wypociny :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz