poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział XI


Wszyscy poszli już koło dziesiątej. Weszłam wtedy na chwilkę na górę i powiedziałam Steph, że wychodzimy. Ona tylko życzyła mi miłej zabawy i dalej poszła spać.
Ubieram teraz moje nowe buty od Harry’ego i zaraz idziemy. Nie wiem gdzie, on podobno coś wymyślił.
- Pospiesz się! – krzyczy na mnie przyjaciel.
Wiążę sznurówki i podbiegam do niego. Łapiemy się za ręce i idziemy w wybranym przez Hazzę kierunku. Idziemy tylko przed siebie mijając tłum lekko zdezorientowanych dziewczyn, które nie wiedzą czy mają podejść, czy nie. Na szczęście tego nie robią. W końcu dochodzimy do małego murku w parku. Marszczę brwi nie wiedząc, czemu się zatrzymujemy. Harry rozgląda się chwilę, po czym przyciąga mnie do siebie i pokazuje jedno miejsce na ściance. Przyglądam się. Jest tam nabazgrane „H+N=BFF”. Uśmiecham się na sam widok. Napisaliśmy to chyba w siódmej klasie, kiedy byliśmy w Londynie na wycieczce szkolnej. Zgubiliśmy się wtedy. Harry zadzwonił do nauczycielki, a ta kazała nam czekać w tym właśnie miejscu. Skorzystaliśmy z okazji i się podpisaliśmy.
- Idziemy dalej – nakazuje mój przyjaciel. Idziemy na stację, która jest całkiem niedaleko. Harry sprawdza rozkład pociągów i kupuje dwa bilety. Czuję się trochę głupio, jak on wszystko stawia. Siadamy na ławce i czekamy na pociąg.
- Pamiętasz jak razem na stacji King Cross wbiegliśmy na filar, mając nadzieję, że dostaniemy się do Hogwartu? – uśmiecha się Harry.
- Tak! Oboje mieliśmy potem wielkie guzy na środku czoła, ale warto było – szczerzę się.
Hazza obejmuje mnie jednym ramieniem.
- Mamy tyle wspomnień, co?
Nie odpowiadam. Przytulam go mocno. Wtedy przyjeżdża nasz pociąg, więc wstajemy i wsiadamy. Zajmujemy miejsca tuż przy drzwiach, obok siebie. Wyjmuję z kieszeni spodni cukierki miętowe i częstuję przyjaciela. Smotkamy je przez chwilę, a potem olewamy nasze szkliwo, czy co tam i zaczynamy je gryźć. Harry łapie jednego cukierka i bierze zamach. Patrzę się na niego zdziwiona, a ten go wyrzuca. Drops trafia w sam środek głowy starszej pani. Ta odwraca się z zezłoszczoną miną. Udajemy poważnych, ale kiedy kobieta znowu się odwraca, wybuchamy wielkim śmiechem.
Ciopąg się zatrzymuje. Szybko wysiadamy, po czym śmiejemy się jeszcze głośniej.
- To gdzie idziemy? – pytam.
- O tam – Harry wskazuje jakieś miejsce po drugiej stronie ulicy. Nie zdążam nawet spojrzeć, a ten już zakrywa mi oczy.
- Co jest? – pytam lekko rozbawiona.
- Niespodzianka ma być, okej?
Wzruszam ramionami i czuję lekkie pchnięcie. Idę do przodu i spadam lekko, czyli zeszliśmy z krawężnika. Jakoś nie ufam Harry’emu na jezdni, kiedy mam zakryte oczy. Takie dziwne obawy, że, ekhem, coś nas potrąci. W końcu potykam się o krawężnik, co znaczy, że już przeszliśmy.
- Zamknij oczy, proszę – Hazza mówi błagalnym tonem.
Słucham go i nie otwieram oczu. Ten łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą. Słyszę jak otwiera drzwi i wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia. Czuję słodki zapach.
- Już możesz otworzyć oczy – mówi do mnie przyjaciel.
Otwieram je szybko, ale zaraz zamykam. Próbuję zatuszować łzy.
Harry zaprowadził mnie do cukierni, w której kiedyś spędzaliśmy najwięcej czasu. Bardzo często jeździliśmy do Londynu, czy to do rodziny, czy na wycieczki. Ale zawsze, gdy tu byliśmy odwiedzaliśmy właśnie tą cukiernię. Nie żeby kupować słodycze. Lubiliśmy się na nie patrzeć i wymyślać swoje własne smaki i nazwy. Bawiliśmy się tu w chowanego, a sprzedawczyni, znała nas bardzo dobrze i zamiast nas wygonić, częstowała nas darmowymi próbkami słodyczy.
Łzy ciekną mi po policzku i uśmiecham się jak głupia. Przyjaciel podchodzi do mnie i mocno mnie przytula. Nie mogę się powstrzymać, płaczę coraz mocniej.
- To nie koniec niespodzianki – mówi, a ja patrzę na niego ze zdziwieniem.
Ten bierze mnie za rękę i idzie do kasy.
- Cześć Caren – mówi do sprzedawczyni.
- Harry! I Nicki! – ta wita się z nami jak z najlepszymi przyjaciółmi – Tak dawno was nie widziałam!
Przytulamy ją, a Harry zaczyna dziwnie kiwać głową. Caren patrzy się na niego jak na osobę psychiczną, ale mija chwila i już rozumie jego intencje. Wraca do lady i wyjmuje coś spod niej. Coś w kartonowym pudełku. Podaje to mu, a ten dziękuje i ciągnie mnie za rękę w stronę wyjścia. Siadamy na ławce przed cukiernią, a Harry podaje mi karton. Otwieram go powoli i znowu łzy nachodzą mi do oczu.
„To” jest to wielkie zbiorowisko przeróżnych słodyczy. Miętowych cukierków, kolorowych laseczek, czekoladek, lizaków, żelków, galaretek w cukrze. Całość jest na wielkim talerzu z wafelka. Nie byłoby w tym nic szczególnego poza tym, że kiedyś powiedziałam Harry’emu, że dokładnie tak będzie wyglądał mój tort ślubny. Kładę go obok, na ławce i z całej siły przytulam się do przyjaciela. Teraz mam gdzieś to jak wyglądam, płaczę jak idiotka.
- Jestem taka głupia… A ja dla ciebie nic nie mam – łkam mu w ramię.
- To nie ważne. Ważne jest to, że jesteś.
Ściskam go jeszcze mocniej. Nie mam zamiaru go puścić. Mam najlepszego przyjaciela pod słońcem i nikt temu nie zaprzeczy. A jeśli to zrobi, walnę go podkową. Ale nie mam podkowy, więc but myślę, że starczy.
- Mam nadzieję, że to koniec wycieczki? – mówię przez łzy.
- A chcesz już wracać?
- Jestem czerwona jak burak i zapłakana. Dobrze by było.
Harry wzrusza ramionami i bierze „tort” w ręce. Wracamy na stację bogatsi o dziwne uczucie w brzuchu i kilkaset kalorii więcej.

1 komentarz: