czwartek, 14 marca 2013

Rozdział VI

Nie wiem jak ona to robi, ale za każdym razem jak kręci butelka wskazuje Harry’ego. I za każdym razem pyta go czy coś do mnie czuje. On odpowiada, że jestem jego najlepszą przyjaciółką i tak w kółko.
W końcu przestaliśmy grać. Namówiłam wszystkich do obejrzenia „Śniadania u Tiffany’ego”, który jest moim najukochańszym filmem. Słyszę, że Liam cichutko pochrapuje, a Tina oparła głowę o jego ramię. Tylko Harry ogląda ze mną, bo już się przyzwyczaił. Nawet śpiewał, gdy leciało „Moon River”.
Leżymy sobie teraz pod kocykiem, a ja położyłam mu głowę na kolana. Wybija mi na plecach jakiś rytm palcami. Zamykam oczy i słucham tylko głosu Audrey. Po pewnym czasie odpływam.


Budzę się, kiedy jest ciemno. Rozglądam się i w końcu wzrok zaczyna przyzwyczajać mi się do ciemności. Widzę, że Harry leży na ziemi więc szturcham go stopą.
- Nie śpię – mówi szeptem.
- Gdzie jest reszta? –pytam.
- Wyszli jakąś godzinę temu.
- I tak leżysz sam? Na ziemi? – dziwię się.
- Tak.
- Czemu nie poszedłeś do mojego pokoju?
- Tu mi wygodnie.
Okej. Spadam celowo na ziemię tuż obok niego.
- Tu nie jest wygodnie.
Harry obejmuje mnie jednym ramieniem, więc nie mam szans na wstanie i położenie się z powrotem na kanapie. Wiercę się na początku, ale brak mi sił i tylko leżę. Z daleka Harry wygląda na pewno bosko i oemdżi. A ja jak przebity harpunem mors. Przebity harpunem mors z nieogarniętymi włosami, które kręcą się jak chcą.
Smutno mi.

Zasnęłam potem tylko na chwilę, ale zaraz obudziłam się z krzykiem, bo śniło mi się, że jakiś Eskimos mnie zjada. No, bo byłam morsem, ale to i tak było dziwne. Cały czas tak leżę, aż w końcu Harry zdejmuje ze mnie rękę. W tempie błyskawicznym wstję na nogi i idę do kuchni. Robię sobie płatki. Jednak po zalaniu ich mlekiem uznałam, że nie jestem głodna, więc oddałam je Pear, mojej suczce rasy nowofundland. Jest w kolorze czekoladowym i chyba tylko na tym kończą się jej wspaniałości. Jak ją dostałam, miałam nadzieję, że będzie jak jeden z tych psów ratunkowych. Jednak jej jedynym zadaniem, poza dojadaniem resztek jedzenia, jest ślinienie się. Nie zmienia to faktu, że ją kocham.
Mleko chyba było skwaśniałe, bo Pear napiła się tylko trochę, a potem zrzygała mi się na kapcie. To moje ulubione. Różowe króliczki, które wyglądają jak mop. Wrzucam kapcie do zlewu i przepłukuję je wodą.
- Co ty robisz? – słyszę głos Harry’ego.
- Płuczę rzygi Pear.
- To wszystko wyjaśnia.
Uśmiecham się do niego głupio i wskazuje mu lodówkę głową. Ten rozumie co mam na myśli i zaczyna robić sobie śniadanie. Czuję się jak idiotka, gdy wyjmuje poszczególne składniki i zaczyna miksować ciasto na omleta. Stoję tam tylko i się patrzę.
- Tobie też zrobię – mówi Harry.
Szczerzę się do niego.
Uwielbiam jego kuchnię. Świetnie gotuje, ale rzadko to robi. Mówi, że woli nie ryzykować pożarem domu, ale wiem, że to nieprawda.
Wrzuca połowę ciasta na patelnię i smaży. Ja wciąż tam stoję i się patrzę. Harry umie przewracać placki, naleśniki itp. Podrzucając je. Tak też robi. Kiedyś próbowałam się tego nauczyć. Jeden naleśnik wylądował na suficie, drugi na babci, a trzeci zaczął się palić, co spowodowało, konieczne kupno nowej kuchenki.
- Walony głupi popisywacz… Też tak umiem… Jest beznadziejny… -przeklinam na niego pod nosem.
Omlet wyszedł idealny. Delikatnie zarumieniony. Głupi Harry.
-Nienawidzę cię za to – mówię.
- Za co?
-Nienawidzę ludzi, którzy potrafią coś, czego ja nie potrafię.
Harry wrzuca mi na talerz omleta i zaczyna smażyć drugą połowę ciasta dla siebie. Biorę z szuflady widelec i kroję mały kawałeczek. Nabijam na widelec i szybko zjadam.
- I jak? – pyta Hazza.
- Wyjdź.
- Czemu? - udaje smutnego.
- Wyjdź. Teraz. To jest pyszne.
Harry uśmiecha się głupio i decyduje, że zostaje dziś u mnie na noc. Kiwam tylko głową i mówię :
- Ale będziesz moim kucharzem.

1 komentarz: